No. 52 – Moszna2

Nie wiem co kierowało mną dzieląc wyprawę do Mosznej na dwa posty. Ale stało się.

Niniejszym część druga (pod spodem, jak się domyślacie, część pierwsza).

Po dotarciu pod zamek i podglądaniu ukradkiem młodych czarodziejów, poszliśmy na małe zwiedzanie fasady pałacu oraz okalającego go parku. Pod zamkiem czekała nas dłuuuuga i męcząca sesja selfie z wykorzystaniem mojej funkcji „cheeeeeseee!”.

Oto efekt, jedyny nadający się do pokazania publice:20150706_172924Serio, inne były jeszcze gorsze.

Btw. tutaj tego nie widzicie, ale na innych zdjęciach widać jak wielki postęp w swojej długości zrobiły moje włosy :). Niech rosną ku chwale fryzur z lat 40.! (pierwsze próby zostaną opublikowane jak się przekopię przez posty z całych wakacji, czyli obstawiam styczeń/luty, w tym tempie..)

Btw2. na nosie mam też moje zastępcze okulary…

Pod zamkiem mnóstwo miłości w postaci panny młodej i młodego pana.

20150706_174212

My natomiast jako, że nie należeliśmy do tej kategorii, szybko skierowaliśmy swoje kroki do parku, który wyglądał mniej więcej tak:20150706_180127_Burst01Czyli było dużo zieleni. Potem zjedliśmy bułki z kabanosem na łące przed tym bajkowym zamkiem i poszliśmy do mini zoo zorganizowanego przy Stajni (Koni Olimpijskich) w Mosznej, która jest naprzeciwko zamku.

I tak oto, obok kur jedwabistych, uroczych żyjątek jedzących z ręki, kotków, króliczków i innych takich, można było zobaczyć taki okaz:20150706_192420Zawsze myślałam, że to zwierzę z jeleniowatych, ale trzeba mi było przyjechać na opolską wieś, by wyjść z tego błędu 😉

Koni niestety nie widzieliśmy, ponieważ już kładły się do snu. Z braku lepszego zajęcia, sami poszliśmy poszukać miejsca na rozbicie namiotu. Szybko znaleźliśmy fajną miejscówkę niedaleko lasu.

Nad ranem prezentowało się to mniej więcej tak:20150707_080155_Burst01Uwaga, teraz będzie BAAAARDZO długi fragment bez zdjęć, bo mi brakło! Ale naprawdę warto, bo są dwie ciekawostki.

O 8:00 wyruszyliśmy w drogę powrotną, ale dopiero o 9:00 zatrzymał się samochód.

Mała dygresja: mieliśmy cały dzień na pokonanie bodajże 180 km, autostradą prawdopodobnie szybko byśmy to śmignęli, ale ponieważ żadne z nas autostradą ochoty jechać nie miało, to zdecydowaliśmy, że pojedziemy drogami lokalnymi.

Ja, bo pooglądam więcej typowych polskich krajobrazów, którymi zachwycałam się jak dziecko, a Fafel, bo „będzie więcej kierowców”. W drodze powrotnej chcieliśmy także zahaczyć o Wadowice i tam przy kremówce świętować faflowe urodziny.

Mężczyzna jechał do pracy i opowiadał fantastyczne historie o terenach, na których się urodził. O ŻYWYCH KRESACH i scysjach z Niemcami.

Bo kolejna niezwykle ciekawa dygresja, która sprawiła, że nasza wycieczka miała duży walor edukacyjny:

tereny opolskie przed drugą wojną światową były częścią Niemiec, a Polaków prawie tutaj nie było. Po wojnie Niemców wypędzono, a tereny zasiedlono Kresowiakami z okolic Lwowa. 

Do dzisiaj wielu żyjących na owych terenach ma paszporty niemieckie, a jeszcze więcej – kresowe korzenie. KAŻDA miejscowość ma podwójną nazwę: na górze nazwa po polsku, na dole – po niemiecku. Co -NASTY samochód jeździ na niemieckich blachach, a część kresowa kultywuje tradycje dziadków i rodziców.

Człowiek uraczył nas kilkoma ciekawymi opowieściami, których szczegóły już mi umknęły przez co moje serce płacze :(. Często takie rzeczy notuję w notatkach na telefonie, niestety nie tym razem.

Z Krapkowic, gdzie nas wysadzono, podjechaliśmy z dziewczyną niedaleko Kędzierzyna Koźle i tam utknęliśmy na ok. 2 godziny w bardzo mało ciekawym miejscu, gdzie jechało multum samochodów, ale z nikim chętnym do zabrania dwóch uroczych osób. W końcu zatrzymał się Ślązak, ale inny Ślązak niż ci z Katowic. Opowiadał niezwykłe historie o tożsamości śląskiej, o tym, że tutaj nie ma znaczenia czy masz paszport polski czy niemiecki, boś „ślunzok”. Naprawdę – przez tę wycieczkę odkryłam nową twarz Polski.

Potem pojechaliśmy do Raciborza, stamtąd z „dziewczyną-krejzolką” (nie ma lepszego określenia na tę dziewczynę – myślisz „dziewczyna-krejzolka” i widzisz naszego kierowcę) do bodajże Wodzisławia Śląskiego. Tam bez łapania (szliśmy na przystanek, by łapać, ale gościu zauważył karton i nas zgarnął) zabrał nas inny autostopowicz, który tym razem był kierowcą.

Mniej więcej w tym momencie zaczęliśmy rozumieć, że plan osiągnięcia Wadowic może się nie udać, ponieważ drobimy po 30 km czekając zawsze ok. 30 minut. W każdym razie, potem jechaliśmy z kobietą, która zabrała nas kilka kilometrów i wysadziła na ŁO MATKO, JAKIM WIELKIM RONDZIE GDZIE NAOKOŁO BYŁY TYLKO HAŁDY, i miejsce, z którego tam łapaliśmy wyglądało tak:20150707_144021_Burst01Mnie się to miejsce bardzo podobało, dlatego ze smutkiem po 3 minutach zauważyłam, że zatrzymała się nowa wypasiona fura ze starszym małżeństwem. Wzięli nas, bo ich syn też autostopował. Podwieźli nas do Pszczyny (??!?!?!?! chyba tam), która była kluczowa dla całej dalszej wyprawy. Było już naprawdę całkiem późno, więc jedynie złoty traf mógł nas teraz doprowadzić prosto na kremówki, żebyśmy zdążyli jeszcze wrócić do Krakowa przed zmrokiem.

Staliśmy w bardzo słabym miejscu, w końcu jakiś facet się zatrzymał, podwiózł 10 km. Ciągle tłukliśmy się jakąś powiatowo-wojewódzką drogą, gdzie jeździły samochody raczej lokalne. W tym momencie podjęliśmy decyzję, że rezygnujemy z kremówek i przebijamy się do Krakowa. Nadal ta sama trasa, tylko bez przystanku na ojczyznę JPII.

Stoimy i po 2 minutach jeden z samochodów pokazuje stanowczo, że… to jednak nie ta sama trasa i Kraków jest w drugą stronę. Trochę bez przekonania, bo moja prymitywna mapa mówiła inaczej, zmieniliśmy kierunek łapania. (naprawdę, skracam jak mogę, ale bardziej już nie chcę!). Ku mojej wielkiej radości, bo już miałam tego łapania trochę po dziurki w nosie, w ciągu kilku minut zatrzymała się kolejna wypasiona maszyna. Jednak staliśmy wtedy po złej stronie, a gościu, który teraz się zatrzymał wziął nas do Sosnowca i wysadził na krajowej do Krakowa.

On z kolei opowiadał ciekawe historie o tym, że Sosnowiec to Polska, a Katowice do Śląsk, lubił swoje miasto, i nie miał żadnych kompleksów. Natomiast młody chłopak, który zabrał nas z Sosnowca do Olkusza, już swojego rodzinnego miasta się wstydził i niechętnie się przyznawał skąd jest. Szczególnie, że pracował jako przedstawiciel handlowy na woj. śląskie i ślązacy niechętnie współpracowali z ludźmi z Zagłębia. Musiał się nauczyć nieco śląskiej gwary i akcentu, coby ich oszukać ;).

Nadłożył dla nas kilkanaście kilometrów. Koło Olkusza w 20 minut złapaliśmy baaardzo bogatego informatyka, który zawiózł nas prosto do Krakowa. W centrum byliśmy ok. 19:00, czyli przejechanie 180 km zajęło nam… 11 godzin.

20150707_202612

Na przystanku znalazłam opuszczoną różę.

Widać czyjaś miłość dobiegła końca…

Tymczasem moja i faflowa wycieczka także. Osiągnęliśmy Kraków, jechaliśmy z tuzinem kierowców, podziwialiśmy polskie krajobrazy i dobrze się wspólnie bawiliśmy (a przynajmniej ja!).

Co prawda powrót był bardzo męczący, ale widocznie taki musiał być, żebym mogła odkryć nieznaną twarz Polaków :). Tak sobie myślę, że muszę więcej jeździć stopem po Polsce, bo bardzo otwiera oczy na Polski innych Polaków – bo niekoniecznie są takie jak moje!

No. 51 – Moszna

Czy wiecie, że w Polsce mamy zamek niczym z bajki?20150706_170339_Burst01

Technicznie rzecz biorąc jest to pałac, ma 99 wież (i 365 pomieszczeń), znajduje się w województwie opolskim i zdecydowanie bliżej mu do historii niemieckiej niż polskiej. Zbudowany przez niemiecką arystokrację w małej wiosce o wdzięcznej nazwie Moszna.

Zamek nie znajduje się w mosznie, tylko w Mosznej, o czym warto pamiętać przy odmianie nazwy miejscowości.

Ja sama o zamku dowiedziałam się całkiem niedawno, kiedy gdzieś mignęło mi zdjęcie – oszalałam na jego punkcie i koniecznie chciałam wiedzieć gdzie to jest. Jakieś było moje ogromne zaskoczenie, kiedy odkryłam, że leży zaledwie 5 godzin autostopem ode mnie (byłam przekonana, że gdzieś daleko za granicą).20150706_172331_Burst01

Co jak co, ale zamki Niemcy potrafili budować zamki nieziemskie – Malbork i Neuschweinstein to majstersztyki, a Moszna też daje radę.

Tak więc, kiedy dobry kolega Fafel zaproponował krótki wyjazd autostopowy gdziekolwiek, wiedziałam, że to gdziekolwiek będzie w Mosznej.

Mniej więcej dwa tygodnie po powrocie ze Szwajcarii ponownie zapakowałam się w plecak, wzięłam pod pachę śpiwór i razem z kolegą wyruszyliśmy na zachodnie rubieże Polski.20150706_161644

Wiem, że nikt mi obecnie nie uwierzy, ale fakty są twarde i mówią, że do tej pory niewiele w życiu zwiedziłam, a wszystko na zachód od Krakowa to dla mnie nieodkryte krainy.

Nasza wycieczka była 3 miesiące temu, więc może nie pamiętam wszystkich kierowców (zaraz się o tym przekonam, próbując odtworzyć trasę), ale nie zapomnę urokliwych pól, łąk i lasów. Niby nic ciekawego, ale czułam się tam jak na Kresach, choć polskich Kresów nigdy nie widziałam i nie zobaczę. Ale dokładnie tak wyobrażałam sobie naszą polską wieś, kiedy czytałam artykuły o tejże tematyce.20150706_145421

Poniedziałkowy ranek zaczęliśmy od zakupów w Biedronce, następnie autobus podwiózł nas na wylotówkę, skąd szybko zabrała nas kobieta opiniująca młode talenty muzyczne. Koleś, którego płytę przesłuchiwała wówczas, miesiąc temu wydał debiutancki album.

Po 15 minutach jazdy i kilku minutach czekania wziął nas pewien człowiek, który wykazał duże zainteresowanie naszym hobby, czyli rekonstrukcją historyczną. Kolejnym kierowcą był kierowca tira, który przez 2 godziny jazdy streścił nam historię całej swojej rodziny. Wyrzucił nas w jakiejś ptakopodobnej miejscowości (Sokołów Opolski?! nie chce mi się zerkać na mapę…).

Wyszliśmy poza miasto i tam staliśmy ponad godzinę – moja cierpliwość wyczerpała się i napisałam na kartce „5 km”. Zatrzymał się pierwszy przejeżdżający samochód. Kobieta zawiozła nas do… GOGOLINA.

20150706_153353

Czyży stolica polskiej muzyki folklorystycznej? W każdym razie moment ten został uwieczniony przy pomniku – podniosłości dodawał fakt jedzenia jednego z najsłodszych arbuzów jakie miałam okazję jeść.20150706_153828Do Mosznej z Gogolina jechaliśmy jeszcze 3 samochodami. Na miejscu powędrowaliśmy zrobić cudowne fotki cudownej budowli, ale zanim tam doszliśmy spotkały nas inne cuda.

Albo raczej magia, bo jak widać zamek w Mosznej zostały wynajęty przez polskich czarodziejów. Nie widziałam żadnego patronusa (a właśnie je próbowali czarować), ale to pewnie dlatego, że jestem mugolem :(.20150706_170027_Burst01

Btw. z powodu ograniczenia dźwigania tobołka wzięłam ze sobą tylko telefon komórkowy, więc wszystkie zdjęcia są robione przez mojego (wtedy jeszcze) nowego lgika z ulubioną funkcją robienia zdjęcia po wypowiedzeniu słowa „cheeeeeeeeese”!

Także dojechaliśmy, a co było dalej okaże się w poście No. 52.

No. 50 – koniec i początek

Ciekawostka: dzisiejsza okrągła liczba opublikowanych postów zbiega się z ostatnią szwajcarską notką.DSC_1906Po mojej kilkudniowej wycieczce po południowej Szwajcarii, wróciłam na jedną noc do domu, by następnego dnia rano, czwartek 18 czerwca, wsiąść do busa do prawdziwego domu.

Wieczorem chciałam jeszcze zrobić sobie zdjęcie z całą rodziną, ale Claudio miał zły humor i powiedział, że do zdjęcia nie podejdzie. Następnego dnia dzwonił przeprosić.

DSC_3985

Ten człowiek dostarczył mi przez te 5 miesięcy wiele radości – jego historie, osobowość i niekończące się pytania o to samo zawsze powodowały mój uśmiech.

To było bardzo dobre 5 miesięcy. Po pierwsze, podszlifowałam niemiecki – nie tak bardzo jak zakładałam, ale lepiej niż się spodziewałam. Po drugie, widziałam wiele przepięknych miejsc i spotkałam wielu wspaniałych ludzi. Po trzecie, totalnie wkręciłam się w autostopowanie. Po czwarte, zmieniłam spojrzenie na Polskę, emigrację i swoją przyszłość. Po piąte, uświadomiłam sobie jak okrutnie ciężkie jest bycie mamą i ogarnianie domu.DSC_2605

DSC_7911

Czy chciałabym tam (do Szwajcarii) kiedyś wrócić? Bardzo, choć pewnie nie na stałe. Wciąż mam przed oczami te przepiękne krajobrazy i wioski gdzie ludzie żyją wolniej.

Od mojego powrotu minęło 3,5 miesiąca i czasami wracam myślami do wspólnych kolacji, mojego pokoju, cudownego uśmiechu Corinne i obrażonej Laury.DSC_2737Jeszcze parokrotnie będę o Szwajcarii pisać, bo w notatniku mam całą dłuuugą listę jakichś ciekawostek czy anegdot, którymi chciałabym się podzielić.

Lubię ładne i zgrabne podsumowania, niestety kompletnie nie umiem ich pisać. Myśląc o tym doświadczeniu mam w sobie wiele emocji, myśli i wspomnień, ale ciężko jest je w krótki i jasny sposób ująć – szczególnie po tak długim czasie i tak wielu przygodach, które mnie spotkały od powrotu.

DSC_1638

DSC_3307

Bloga prowadzić będę dalej – wakacje miałam dosyć intensywne i bardzo przyjemne, dlatego fajnie byłoby gdzieś te wspomnienia zachować :). Materiału pewnie starczy do grudnia biorąc pod uwagę częstotliwość postów. _SC_7297

No. 49 – Bellinzona

Dzisiaj krótko i zwięźle (przynajmniej taki mam plan) o ostatnim mieście, które widziałam w Szwajcarii.

DSC_3899

DSC_3871

Bellinzona to miasto trzech zamków. Znajduje się we włoskiej części Szwajcarii (kanton Ticino) i jest cudownym połączeniem włoskich klimatów ze średniowiecznymi twierdzami. Spodobała mi się niesamowicie i choć ciężko porównywać ją do Berna, które jest miastem zupełnie innego typu, to chyba degraduje stolicę z pierwszego miejsca w moim prywatnym plebiscycie na ulubione szwajcarskie miasto.

Miasto słynie z trzech zamków, które zostały wybudowane przez władców trzech prowincji, które wspólnie zarządzały tym strategicznie położonym miastem (leży w dolinie, która pozwala kontrolować wszelkie „przepływy ludzkie” przez Alpy).

DSC_3739

DSC_3891

Nie spodziewałam się, że zamki zrobią na mnie tak pozytywne wrażenie. Była cudowna pogoda (zwróćcie uwagę na niezwykłą niebieskość nieba), a zwiedzane zamki wyglądały jak klasyczne zamki średniowieczne. A przynajmniej ja je sobie tak wyobrażałam. Równiuteńko skoszony trawnik aż się prosił, żeby usiąść i zrobić sobie piknik. Kiedyś tam wrócę i tak zrobię!

DSC_3830

DSC_3929

Kilka słów o dziewczynie, u której spałam, bo, naprawdę, była to niezwykle ciekawa postać:11400999_967287116636453_414955173109291644_n Wychowała się we włoskiej części Szwajcarii i czuję się Szwajcarką, jednak kilka lat temu dowiedziała się, że… została adoptowana jako niemowlak, a w jej żyłach płynie wyłącznie rumuńska krew. Rok temu odnalazła swoją starszą siostrę, która została w Rumunii – kilka tygodni temu widziałam zdjęcia na facebooku z ich pierwszego spotkania!

Ponadto Ane tka/szyje ubrania na przędzarce i wieczorem po moim przyjeździe pokazała mi jak się to robi.

Ma olbrzymiego kota (Mainkun), który waży 11 kg.

11201844_967287193303112_8741452684735448981_n

Jest też weganką i przygotowała dla mnie trzy pyszne wegańskie posiłki. Najadłam się nimi przeogromnie, na jedną z potraw mam nawet przepis, ale wciąż brak mi weny na jej przygotowanie ;). Pracuje jako projektantka łazienek. Oto jej mieszkanie:

DSC_3687

Niestety czas w Bellinzonie bardzo szybko mi minął i pora było zawijać żagle do portu. Do pokonania miałam 200 km, a ponad połowa trasy między Alpami (i wzdłuż Jeziora Czterech Kantonów – autostradą TUŻ PRZY BRZEGU, gdzie widoki zapierały dech w piersiach).

Ane zawiozła mnie na wylotówkę, a ja ufając jej, nie sprawdziłam czy na dobrą ;). Okazało się, że na złą, czyli po drugiej stronie miasta! Na szczęście szybko złapałam jakiś miejski autobus, a kierowca w środku wyjaśnił, że jedzie właśnie w kierunku wylotówki na Zurych. Uwielbiam komunikację publiczną w Szwajcarii!DSC_3725

Po 40 minutach wysiadłam na przystanku i od razu mogłam zacząć łapać. Po kilkunastu minutach zatrzymał się Szwajcar, który podwiózł mnie ponad połowę trasy, opowiadał mnóstwo ciekawostek o Przełęczy i Tunelu Gotharda (przełęcz jest najpiękniejszą w Szwajcarii, a Tunel najdłuższy w Europie lub na świecie), ale nie wszystko zrozumiałam, ponieważ mówił silnym szwajcarskim dialektem.

Grunt, że trasa była przepiękna  – było niezwykle wąsko, naokoło tylko góry aż do nieba. Ale zdjęć nie robiłam, więc wszystkie zdjęcia pochodzą tylko z Bellinzony.

DSC_3734

Potem złapałam strażaka i kilku innych kierowców, z którymi jechałam po kilka kilometrów. Z każdym momentem czułam coraz większą ekscytację, bo to była moja ostatnia szwajcarska podróż autostopem i byłam bardzo ciekawa, kto będzie ostatnim dobroczyńcą. DSC_3756

W pewnym momencie jechałam z bardzo pozytywną parą w średnim wieku. Byli ubrani cali na czarno – rockmeni lub miłośnicy metalu. Poprosiłam, by podwieźli mnie do większej miejscowości jakieś 15 km przed moją wioską. Byli niesamowicie zabawni i świetnie mi się z nimi jechało – pierwsi kierowcy, z którymi tak dużo żartowałam (i to po niemiecku!).

W czasie jazdy okazało się, że jadą 3 km od mojej wioski na koncert muzyki sakralnej. DSC_3764

Nie podwieźli mnie pod sam dom, ponieważ śpieszyło im się na koncert, ale kiedy zostawili mnie na przystanku, kierowca wyszedł z samochodu, wcisnął mi do ręki różaniec i szybko wsiadł z powrotem. Zamurowało mnie, więc już nigdy się nie dowiem dlaczego to zrobił. W niemalże niekatolickiej Szwajcarii mój ostatni kierowca podarował mi taki prezent.

Zawsze wiedziałam, że czuwa nade mną Anioł Stróż ;).

DSC_3767

Na koniec zasypię Was pięknymi zdjęciami z pięknej Bellinzony.

Ostatniej szwajcarskiej wycieczki!

DSC_3784

DSC_3786

DSC_3792

DSC_3800

DSC_3808

DSC_3815

DSC_3827

DSC_3835

No. 48 – Locarno

DSC_3365Taki widok z okna przywitał mnie kiedy obudziłam się rano u mojego hosta Francuza, który był podróżnikiem i zarabiał na winoroślach na kolejne podróże (ostatnio na facebook’u wkleił kilka zdjęć z US, więc zarobił jak widać godnie). Przyjechał po mnie dzień wcześniej zdezelowanym samochodem i zawiózł mnie do swojego tymczasowego, także zdezelowanego, mieszkania. Pokazał mi mnóstwo zdjęć i opowiedział mnóstwo historii ze swoich podróży – był przy tym bardzo zabawny. Typ hipisa.

Wcześnie rano wybiegł do pracy, zostawiając mi puste mieszkanie (!). Zjadłam mnóstwo przepysznych przetworów zrobionych przez mojego gospodarza, a potem z duszą na ramieniu (coby mnie nikt nie zobaczył) chowałam klucz we wcześniej umówionej skrytce.

Czekała mnie długa, kręta i ciekawa droga. Mały spolier:DSC_3390

Z miejscowości gdzie spałam musiałam wrócić na autostradę, a stamtąd przebijać się do granicy z Włochami, gdzie po 30 km znowu wrócić do Szwajcarii. Na mapie było to 250 km i wymagało przejechania przełęczą Simplon.

Na początek zabrała mnie Algierka, następnie szybko zgarnęła mnie Szwajcarka i zostawiła mnie za obrzeżami sporego miasta gdzie był wjazd na autostradę. Tam czekałam jak na szwajcarskie warunki dosyć długo, bo ok. 80 minut. Wcześniej zatrzymało się ok. 6 samochodów, jednak jechały w przeciwną stronę. W końcu zabrała mnie mała ciężarówka, z którą przez połowę trasy dogadywałam się łamanym francuskim i angielskim, by w końcu dowiedzieć się, że pan jest niemieckim Szwajcarem i możemy spokojnie porozumieć się w tym języku. DSC_3415

Nie jechałam z nim długo, jednak zostawił mnie w tak strategicznym miejscu, że po wysiadce pierwszy jadący kierowca się zatrzymał. Był nim kierowca ciężarówki – Włoch, który jechał na „moje” przejście graniczne. Jeszcze nie wiedziałam jakim byłam szczęściarzem, że go złapałam, dopiero później okazało się, że autostrada wkrótce się kończy, a samochodów na mojej trasie niewiele.

Droga wiodła przez przełęcz Simplon, czyli w najwyższym punkcie miała 2005 m n.p.m. Trasa niezwykle widowiskowa, więc co chwila robiłam zdjęcia zza okna. Pogoda tylko dodawała tajemniczości.

Włoch okazał się cudownym, sympatycznym człowiekiem, który mówił na tyle po niemiecku, że miło spędziliśmy wspólne 2,5 godziny jazdy. Tuż po przekroczeniu granicy poszliśmy na kawę już po włoskiej stronie, bo „tej szwajcarskiej nie da się pić”.DSC_3408

Niestety wkrótce kierowca musiał mnie zostawić, na dodatek na rozjeździe dróg krajowych. Brzmi przerażająco, ale po tych drogach w tej wąskiej części Włoch (ma ok. 30 km) nikt nie jeździ. Przeszłam za barierkę i po ok. 10 minutach marszu (w tym czasie minął mnie JEDEN samochód – przypominam, była to droga KRAJOWA!) doszłam do niewielkiego rozjazdu – obydwie drogi wyglądały na lokalne. Nie bardzo wiedziałam co dalej, w którą stronę do Locarno, dodatkowo ruch na drodze nie sprzyjał łapaniu.

Nieco zrezygnowana i w zasadzie zdecydowana, że dojdę do najbliższego miasta i stamtąd wezmę pociąg do granicy dostrzegłam niedaleko samochód na szwajcarskich rejestracjach. Tablice wskazywały, że są z kantonu, który jest dwujęzyczny – część mówi po francusku, część mniejsza po niemiecku.

Nie mając innego pomysłu stwierdziłam, że podejdę i zapytam, w którą stronę do Locarno. Zapytam i pomaszeruję dalej.DSC_3417

Zapytałam i miałam szczęście. Szwajcarzy mówili po niemiecku! Co prawda byli francuzojęzyczni, ale znali niemiecki. Odpowiedzieli „my też nie wiemy, ale jak się dowiemy to możesz się z nami zabrać”.

W ten o to sposób złapałam stopa do samego Locarno bez łapania! 🙂

To drugie niesamowite szczęście tego dnia, bo po drodze, którą jechaliśmy z powrotem do Szwajcarii nie jechał prawie nikt. Serio. Trasa, podobnie jak przełęcz Simplon, była bardzo kręta, pomiędzy górami i niezwykle wąska. Już nie tak widowiskowa, ponadto wkrótce zaczęło padać i wszystko zaszło mgłą.DSC_3449

Po wjechaniu do Locarno pierwszą rzeczą, którą zrobiłam było kontemplacja jeziora i zjedzenie jabłka. Z zimnych Alp przeniosłam się w ciepły (jak się okazało tylko chwilowy 😦) klimat włoskiego jeziora (większość Lago Maggiore leży we Włoszech).

Od razu po zabudowie można było zauważyć włoskie korzenie miasta. Wystarczyło 250 km, by w miejsce francuskich budynków wskoczyły włoskie kamienice. A przecież to wciąż ten sam kraj, na dodatek z silnym poczuciem jedności! Fascynująca ta Szwajcaria…DSC_3467

DSC_3493

Po nacieszeniu oka ładnym widokiem spokojnej wody poszłam eksplorować włoskie zakamarki. Wielu Szwajcarów na pytanie co warto zobaczyć w Szwajcarii, mówiło mi, że Locarno.

Cóż… Podobnie jak Lucerna, Locarno także nie ukradło mojego serca. Jest… zbyt włoskie! Drażnią mnie wąskie i pstrokate uliczki (jasny różowy, brzoskwiniowy, beżowy, brązowy). Lubię klimaty miast rzymskich, ale te typowo włoskie wzbudzają we mnie agresję i chęć opuszczenia miasta.

DSC_3507

DSC_3532

DSC_3502

DSC_3523

Po ok. godzinie szlajania się po mieście zaczęły zbierać się ogromne chmury. Ogromna ulewa zbiegła się z ostatnim punktem mojego błyskawicznego zwiedzania miasta – wyjściu na pobliskie wzgórze, na którym jest klasztor, i z którego rozpościera się przepiękny widok na całe miasto, jezioro i otaczające je góry.

W kilka minut zniknęło całe niebo, a moja droga na szczyt wyglądała mniej więcej tak:

DSC_3666

DSC_3592

DSC_3612

A z góry widziałam tyle:

DSC_3608

Czyli prawie nic. Miałam smutek w sercu, ale podobno nie można mieć wszystkiego…

DSC_3593

Pokręciłam się jeszcze chwilkę w deszczu po mieście i poszłam na przystanek autobusowy, żeby dojechać do mojego kolejnego hosta w mieście obok. Pierwotnie miałam zamiar stopować, ale było mi nieco zimno, wciąż padało, i generalnie nastroju na łapanie nie było.DSC_3555

Tuż obok przystanku autobusowego był postój taksówek, gdzie na samym przodzie stała budka telefoniczna, gdzie klienci dzwonią, a pierwszy kierowca w kolejce podchodzi i odbiera.

DSC_3684

Po 20 minutach czekania wsiadłam do autobusu i ruszyłam w stronę ostatniego szwajcarskiego miasta!

Jeszcze szybki rzut na kilka zdjęć:DSC_3538

W Locarno jest mnóstwo wąskich uliczek, które dodatkowo idą w górę. Większość z nich jest dostępna dla samochodów, dlatego kiedy owy cię mija nierzadko musiałam się z moim plecakiem niemal przykleić do ściany. Na powyższym zdjęciu jedna z szerszych ulic.

DSC_3565

Tajemnicze dziedzińce kamienic …

I na koniec aleja sław i szczęśliwa daria:DSC_3480

DSC_3477

No. 47 – szlak winny Lavaux

Szlak winny wzdłuż Jeziora Genewskiego należy podobno do najpiękniejszych szlaków winnych świata. Ciągnie się na długości 11 kilometrów, zaczyna się kilka kilometrów za Lozanną, a kończy kilka przed Vevey.

Trasę można pokonać jadąc drogą kantonalną wzdłuż jeziora lub skręcić w górę gdzie podróżuje się tarasami widokowymi poprzez malusie wsie całkowicie pochłonięte biznesem winnym.DSC_3265

Mój plan zakładał dojechanie do miejscowości gdzie szlak się zaczyna, a następnie wspinanie się do tarasów i przemaszerowanie na ile mi sił starczy. Choć słowo „plan” to zbyt duże słowo – tak naprawdę założyłam, że dostanę się tam gdzie pojedzie kierowca, a na miejscu będę myśleć co dalej.DSC_3273Stałam więc i machałam, a po chwili zatrzymał się starszy siwy pan. Widząc go przez szybę trochę się zatroskałam, bo wiek wskazywał, że kierowca prawdopodobnie mówi tylko po francusku.

Jeśli głupi ma zawsze szczęście, to ja jestem wyjątkowo niemądra, bo okazało się, że pan był Szwajcarem z części niemieckiej mieszkający od 30 kilku lat niedaleko Lozanny, także mówił po niemiecku i francusku (po włosku także).DSC_3275Co więcej, słysząc moją historię i zamiary przejścia szlaku zaproponował, że po załatwieniu jednej sprawy w pobliskiej miejscowości może mnie przez ten cały szlak przewieźć, a kiedy będę chciała „chwilę dla fotoreportera” to zatrzyma się gdzie trzeba 🙂 Dzięki temu nie tylko zyskałam sympatycznego kompana, ale także nie musiałam się wspinać po winnicach.

Prawie wszystkie zdjęcia (chyba, że wyraźnie zaznaczono inaczej) pochodzą z wycieczki po tarasach widokowych. Widoki jak dla mnie zapierające dech w piersiach, szczególnie, że była cudowna pogoda – przyjemnie świeciło słońce – grzało twarz, a wiatr delikatnie smagał nasze policzka ;).DSC_3277

Zdjęcie z moim kolegą:DSC_3308Notabene, dał mi swój adres mailowy, żebym mu to zdjęcie wysłała, a ja sobie o tym przypomniałam właśnie teraz pisząc tego posta. Adres zapisany był w telefonie, którego już nie mam, także dupa zbita :(.

DSC_3293W szlaku winnym i całym Jeziorze Genewskim zakochałam się. W ogóle to wydaje mi się, że zakochuję się w prawie każdym miejscu w Szwajcarii i gdybym miała stworzyć top5 najlepszych miejsc to miałabym olbrzymi problem…

Tak to jest jak człowiek jeszcze mało widział i go wszystko zachwyca ;).

Po zatrzymaniu się na kilku tarasach oraz przejechaniu kilku przeuroczych miniwioseczek całych obrośniętych winoroślami nadszedł czas na pożegnanie i dalsze stopowanie w kierunku miejsca mojego noclegu czyli Martigny.DSC_3285Do przejechania nie było wiele kilometrów (ok. 100), ale obiecałam hostowi być na 19:00, a była już 16:00. Bardzo pierwotny plan wycieczki zakładał zatrzymanie się jeszcze na chwilę w dwóch większych miastach po trasie – Vevey i Montreux (szwajcarskie las vegas, centrum jazzu i nowobogactwa) – ale poranny postój w Lozannie oraz dłuższy pobyt w Lavaux zmusiły mnie do usunięcia tych dwóch miast z mojej listy.DSC_3299Do Vevey podwiózł mnie Portugalczyk mieszkający w tutejszej okolicy. Na ile mój francuski pozwolił na tyle wytłumaczyłam kim jestem, a nawet udało mi się dowiedzieć jak ma na imię i ile ma lat córka, która jechała na tylnym siedzeniu.

Ponieważ na zwiedzanie czasu nie miałam, przeszłam tylko promenadą wzdłuż jeziora, aby znaleźć symbol miasta. Oto i on (autentycznie taki był kolor nieba, gór i wody):DSC_3351Sieknęłam sobie jeszcze szybkie selfie i pomaszerowałam łapać dalej.DSC_3343

Z Vevey zgarnął mnie gburowaty pan, który nie zamienił ze mną ani słowa i prawie na mnie nakrzyczał, gdy chciałam usiąść z tyłu na siedzeniu razem z plecakiem. Wysadził mnie w środku Martigny, a ponieważ zaczęła się robić nieco nieprzyjemna pogoda to postanowiłam od razu łapać dalej. (i ostatnie zdjęcie z Vevey:)DSC_3341

Wkrótce zatrzymała się Angielka, która, o dziwo, mówiła bardzo zrozumiałym angielskim. Akcent bardzo zabawny, ale grunt, że nie żadne londyńskie mamrotanie, tylko powolne, wyraźne słowa. Do dzisiaj słyszę w głowie jej głos i charakterystyczny ruch prawą ręką.DSC_3303Bardzo się zatroskała moim losem, więc kiedy przegapiłyśmy zjazd na właściwą dla mnie drogę, nadłożyła kilka kilometrów i zawiozła mnie na inną wylotówkę. Oferowała nawet pieniądze na bilet, bo „byłabym wtedy o niebo spokojniejsza„.

Odmówiłam i po chwili (na szczęście, bo jak tylko wsiadłam to rozpętała się miniburza z okreopną ulewą) łapania już siedziałam w samochodzie jadącym do miejsca mojej destynacji. W samochodzie siedział Włoch i inny, bliżej niezidentyfikowany koleś. Coś tam mówili po angielsku, więc wspólnymi siłami udało nam się ustalić, że zgodnie ze wskazówką chłopaka, u którego nocowałam, wysadzą mnie „pod Migros” w centrum miasta. DSC_3310MIGROS w owej miejscowości są dwa, o czym mój host przypomniał sobie w czasie jazdy wysyłając mi sms, że chodzi o Migros przy autostradzie. Kiedy podniosłam głowę znad telefonu okazało się, że właśnie ten właściwy Migros mijamy. Mój krzyk „stop!” i pokazywanie, że to jednak tutaj poskutkowały i w ostatniej chwili, na wariackich papierach, udało mi się dojechać tam gdzie tego potrzebowałam :).DSC_3314Po kilku minutach chłopak, u którego nocowałam odebrał mnie swoim zdezelowanym samochodem. A o tym co u niego zobaczyłam i jadłam już za kilka dni ;).

Teraz cieszcie oczy pięknym szlakiem Lavaux.

DSC_3325

DSC_3322

No. 46 – Lozanna

DSC_3133

O 19:15 zaczęło się spotkanie młodych w protestanckim zborze. Początkowo myślałam, że to właśnie jest spotkanie, ale wkrótce zorientowałam się, że to ich niedzielne nabożeństwo. Odbywało się po angielsku, ponieważ grupa była międzynarodowa.

Na początku śpiewy z gitarą, potem świadectwa dwóch studentów, dłuuuuuga homilia pastora dotycząca wcześniej odczytanych fragmentów Biblii, znowu wspólne śpiewy, a na koniec ciasteczka, herbata i rozmowy.

Ciekawe doświadczenie, aczkolwiek fajne na spotkanie w środku tygodnia, a nie uczczenie dnia świętego. Z jednej strony brakuje mi takich spotkań, gdzie można głośno pośpiewać coś radosnego, posłuchać nauk odnoszących się do Ewangelii, a nie wątpliwej jakości kazań, a z drugiej musi to być wszystko poniżej niedzielnej Eucharystii i nie mogą takie spotkania jej zastępować.

DSC_3241Potem Adele (dziewczyna, u której nocowałam, i która zaprosiła mnie na owe spotkanie) wzięła mnie do swojego mieszkania, w którym mieszkała z dwoma Marokańczykami. Bywali oni wielokrotnie w Warszawie, bo są tam najlepsze imprezy na świecie. Zakochani w Polsce i choć w Szwajcarii jako informatycy mogą zarobić krocie, to szukają rocznych praktyk w naszym kraju, bo tak im się tutaj podoba. Ogólnie byli niesamowicie pozytywni i przestrzegali przed odwiedzaniem Maroka bez mężczyzny.DSC_3140Dodatkowo zaimponowałam im znajomością piłki nożnej, kiedy po wejściu do mieszkania zobaczyłam na ścianie wielką flagę marokańskiego klubu i zanim mi się przedstawili zagadałam czy są z tego kraju, bo kojarzę klubowe barwy.

Sekret mojej tajemnej wiedzy jest prosty: półtora roku temu, kiedy wracałam na stopa z Rzymu, wziął mnie i dwie koleżanki Marokańczyk, który na koniec krótkiej podwózki podarował nam flagę ulubionego klubu. Także nigdy nie wiesz, kiedy wiedza zdobyta u kierowców przyda się w życiu ;).DSC_3187Rano wybrałam się na zwiedzanie pochmurnej Lozanny. Trochę bez planu, trochę mi się śpieszyło, więc ograniczyłam się do przejścia po starym mieście i wdrapaniu się na wieżę katedry, z której rozpościerał się widok na całe miasto i jezioro.

Nigdy nie byłam w Paryżu, Paryż nie ma jeziora i zbudowany jest w zupełnie inny sposób, ale i tak patrząc na wszystkie kamieniczki wydawało mi się, że jestem w tym mieście. Chyba ten język francuski tak na mnie podziałał…

Miasto, możliwe, że w dużej mierze z powodu pochmurnej pogody oraz niewielkiego czasu na zwiedzanie (goniły mnie kolejne punkty programu), nieco mnie rozczarowało. Po 2 godzinach szwędania się to tu to tam podjechałam do pracy Adele, gdzie wspólnie zjadłyśmy lunch.DSC_3216Adele jest naukowcem i pracuje na uniwersytecie technicznym w Lozannie. Na lunch zaprosiła także Szwajcara z włoskiej części, który zajmuje się robotyką. Po posiłku wziął mnie do swojego królestwa i tam przez kilkanaście minut tłumaczył mi po angielsku jak działa procesor i inne takie śmoje boje w robocie, który projektował (łącznie z pokazaniem jak działa program, w którym oblicza co gdzie podłączyć). Nie muszę mówić, że zrozumiałam tyle co nic, ale ziomek miał wiele frajdy tłumacząc mi to wszystko, więc zadałam mu nawet kilka pytań – nie wiedząc o co pytam.

Na koniec uruchomił pływającego węża, który na biurku prezentował się tak:DSC_3194Po naukowym południu nadszedł czas, żeby zobaczyć gwóźdź programu czyli przejechać wzdłuż Jeziora Genewskiego lokalnymi drogami – krótka fotorelacja następnym razem.

Idąc na wylotówkę wzdłuż urokliwej promenady i portu (w międzyczasie się wypogodziło) spotkałam niemiecką grupę dzieciaków, która zatrzymywała się przy każdym większym drzewie i próbowała je objąć:DSC_3256To powyższe było szerokie na 6 osób, więc na pierwszym miejscu wciąż było inne, szerokie na osiem.

Poniżej dwa zdjęcia robione z samowyzwalacza – na jedno udało mi się załapać, na drugim chyba źle wymierzyłam kadr ;):DSC_3233

DSC_3234Z Lozanny to by było na tyle, choć miasto zasługuje na zdecydowanie więcej uwagi. Innym razem – super hosta już mam!DSC_3210

PS. Tak mi się jeszcze przypomniało, nie wiem czy już o tym nie wspominałam, w sprawie lozańskiego klimatu. Kiedy przyjechałam do miasta w niedzielę popołudniu, zanim ruszyłam do St. Sulpice, na dłuższą chwilę przysiadłam na ławce gdzie obserwowałam miasto i jego ludzi.

Słysząc francuski czułam się jak trochę w innym świecie. To była zupełnie inna Szwajcaria niż ta, którą znałam do tej pory. Inne budynki, inny język, jezioro nawet zupełnie inne, ale nade wszystko inni ludzie. Inaczej się zachowywali, inaczej ubierali + można było spotkać wielu murzynów, których brakuje w części niemieckiej.

Większy luz i spokój, ludzie jakby wolniej chodzili, ale i byli bardziej zachowawczy i mniej uśmiechnięci niż sąsiedzi z góry kraju.

DSC_3226PS2. podobno język polski jest językiem szeleszczącym. O francuskim mówi się to samo. Pierwszy raz byłam w miejscu gdzie francuski bombardował mnie z każdej strony i niejednokrotnie wydawało mi się, że ktoś mówił po polsku. Dopiero po przysłuchaniu się zdawałam sobie sprawę, że to jednak francuski.

Początkowo myślałam, że to może tęsknota z językiem polskim i kompletnie nowy obcy język (dotąd otaczał mnie tylko niemiecki) sprawiły, że miałam językowe omamy. Będąc jednak niedawno w Chorwacji, kiedy rozmawiałam z koleżanką po polsku, nagle mijający nas pan w kapeluszu powiedział do nas „bonjour„, na co grzecznie czystym francuskim akcentem z uśmiechem odpowiedziałam. Pan spytał o coś po francusku. Padło wtedy moje ulubione francuskie zdanie „nie mówię po francusku”, a pan zmieszany odwrócił się i odszedł mamrocząc coś po angielsku.DSC_3247Jestem pewna, że zarówno tego pana jak i mnie zwiodły szeleszczące słowa i obydwoje mieliśmy wrażenie, że słyszymy nasze ojczyste języki  – choć nie rozumieliśmy ich znaczenia.DSC_3249