No. 10 – rodzinka.CH

Dzisiaj chciałabym Wam pokrótce przedstawić moją rodzinkę. Jak już część z Was wie składa się z mamy Węgierki – Andrei, taty Szwajcara – Claudio i dwóch dziewczynek które formalnie są tylko Szwajcarkami (nie mają obywatelstwa węgierskiego, bo „na Węgrzech dzieją się złe rzeczy i nie chcę na razie, żebyście obywatelstwo miały”) – 4-letniej Corinne i 9-letniej Laury.

Claudio-Andrea-Laura-Corinne

Claudio jest kierowcą ciężarówki i jeśli się nie mylę (lub co najwyżej mylę niewiele) ma 38 lat. Ma w lewym uchu kolczyk złotą głowę konia, dlatego jak go zobaczyłam pierwszy raz byłam odrobinę przerażona – „na pewno będzie mnie traktował z góry”. Jak łatwo się można domyślić – myliłam się, bo ojciec od razu zaczął mnie traktować jak swój swego. Tata cały czas mi coś przy obiedzie/kolacji opowiada, zadaje mnóstwo pytań jak się żyje w Polsce i nie może się nadziwić odpowiedziom. On sam opisuje absolutnie wszystko – łącznie z detalami dotyczącymi rodzinnych stosunków/kontaktów/niuansów. Co zabawne, jemu się wydaje, że wszystko rozumiem. Od czasu do czasu kupuje mi coś typowo szwajcarskiego: sery, wina, słodycze – i za to mu chwała, bo dzięki temu mogę zjeść/wypić kawałek prawdziwej Szwajcarii. Ciągle przy jedzeniu dogaduje Laurze.  Jeśli dodajamy do tego wybuchowy charakter Laury otrzymujemy rodzinne przepychanki słowne prawie przy każdej kolacji. Po powrocie z pracy siada przed telewizor i przegląda Internet w telefonie. Już w pierwszym dniu znalazł dla mnie TVP Polonia – akurat leciał jakiś koncert bożonarodzeniowy i musiałam mu tłumaczyć, że biskup to nie jest taki polski papież.

Andrea pracuje w centrum ogrodniczym i ma 35 lat (jeśli się nie mylę, a co najwyżej mylę niewiele). Jest mojego wzrostu (ha! nawet nieco niższa!) i ma spokojny charakter. Mówi niezbyt głośno, trudno ją zdenerwować, jest wyrozumiała i… w sumie jest jej trochę wszystko jedno. Albo inaczej – ufa mi i daje mi duże pole manewru. Nie wymaga ode mnie, żebym codziennie gotowała inną potrawę; nie wymaga ode mnie, żebym ścieliła łóżka („jesteś pierwszą au-pair, które to robi”); nie wymaga ode mnie, żebym wymyślała dziewczynkom ciągle nowe zabawy. Prawie codziennie chce mnie „wyrzucić” z domu – proponując, że może mnie zawieźć do najbliższego miasteczka i zawsze jest zdziwiona, że nie chce mi się błądzić przy minusowej temperaturze wieczorem, gdy jest już ciemno w mieście którego nie znam. Sama była au-pair w Niemczech i dużo stopowała, ale teraz stanowczo mi stopowanie odradza (ludzie się starzeją.. ;(). Mamy więc trochę konflikt tragiczny, bo mnie nie bawią wjazdy na ciemne miasteczko, a ją nie bawi to, że chcę stopować. Ma obywatelstwo szwajcarskie.

Laura chodzi do drugiej klasy i 28 marca skończy 9 lat (słyszę to prawie codziennie). Obraża się kilkanaście razy dziennie, cały czas „o coś jej chodzi”, dlatego kiedy słyszę przeciągłe „daaariaaa?” mam nieprzyjemne ciary na plecach. A słyszę to mniej więcej raz na 5 minut. Wciąż chce się bawić w „fangis” czyli łapanie – wymyśla przedziwne zasady, które modyfikuje w czasie zabawy, gdy widzi, że zbyt często ją łapię. Potrzebuje całodobowej opieki – na okrągło musisz przy niej być, mówić do niej, bawić się z nią. Ciągle wybrzydza przy jedzeniu i nic jej się nie podoba. Generalnie miła dziewczynka, bardzo ładna, ale coś się w życiu podziało, że jest niesamowicie uciążliwa. Podobno w szkole przeciwnie – spokojna, cicha i nieśmiała. Od wczoraj ma nową „zabawę” – chodzi z mamą i mówi jej dlaczego do siebie nie pasujemy, dlaczego jestem zła. Specjalnie rano budzi małą, bo dlaczego ona ma spać, skoro ja już nie śpię (to nie jest cytat – pisząc „ja” mam na myśli siebie – Darię)? Na szczęście chodzi do szkoły, więc psychicznie daję radę.

Corinne ma 4,5 roku i jest uroczym dziewczątkiem niesprawiającym prawie żadnych problemów. Bez zająknięcia je śniadania, sama myje zęby. Potem chce się bawić zwierzątkami, ale sama kieruje zabawą, więc jest sympatycznie. Czasem nawet nie zauważa jak sobie gdzieś pójdę i bawi się sama ze sobą, co jest jeszcze bardziej sympatyczne. Wciąż na nowo chce oglądać Epokę Lodowcową. Czasami mówi do mnie po węgiersku, czasami w języku Corinne, rzadko po szwajcarsko-niemiecku. Na szczęście najczęściej w „hohdojczu”, czyli po prostu w oficjalnym niemieckim języku. Fascynuje ją pilniczek i zmywacz do paznokci. Przychodzi czasem do mojego pokoju i kremuje sobie ręce kremem nawilżającym – potem wącha dłonie i z zachwytem mruczy „mmmMMMmmmm…”. Wieczorami prosi, żebym puściła jej tę piosenkę: https://www.youtube.com/watch?v=tjBCjfB3Hq8 , ma ona działanie kojąco-rozweselające, szczególnie ostatni akt życia kurczaczka. Z małą spędzam całe dnie (oprócz dwóch godzin w piątki, kiedy idzie do przed-przedszkola).

I cóż, to by było na tyle. Pewnie życzylibyście sobie zdjęcie rodziny, ale obecnie dysponuję tylko zdjęciem Corinne. Na szczęście jest tak urocza, że myślę, że Wam spokojnie na razie wystarczy :).

cor

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

w

Connecting to %s