No. 16 – Sion 2

Dzisiejszy post to luźna kontynuacja wczorajszego postu, więc jeśli nie wiesz o co chodzi to musisz przebrnąć przez post wcześniejszy.

Radosny Adi podwiózł mnie do samego centrum, co nie było zadaniem najłatwiejszym, bo musiał się nieźle fatygować, żeby powykręcać na wąskich uliczkach. Pierwszą rzeczą, która rzuciła mi się po wyjściu z autobusu był H&M – dzień wcześniej dostałam wypłatę więc czemu by nie wejść od środka?

I tam przeżyłam kolejny szok (pierwszym był brak śniegu i palma na skrzyżowaniu): wszyscy mówili po francusku!!!!!!!!!!!!! Tak, wiedziałam, że to francuska część Szwajcarii, ale póki nie usłyszałam „bonjour” nie akceptowałam faktu, że nie dogadam się tutaj moim łamanym niemieckim.

Autentyk, ale człowiek czuje się jak w innym kraju. Inny krajobraz, inne domy, inna pogoda, inny język. Inna Szwajcaria.

ef17

Nie było niczego w moim rozmiarze, więc po wymamrotaniu raz, że nie mówię po francusku, i drugi raz, że nie rozumiem (trzy lata nauki w liceum nie poszły w las!1one) , wyszłam na zewnątrz i zjadłam sobie kanapkę z niemieckim serem.

Dla mnie „zagranica” to synonim słowa Niemcy. Nigdy wcześniej za granicą nie bywałam, właśnie w Niemczech (kiedy byłam na Erasmusie) i niemieckiej Szwajcarii stawiałam pierwsze kroki poza Polską. Nauczyłam się tego języka na tyle, że nie czuję się w tych krajach obco, a tutaj KLOPS! pojechałam 250 km dalej i znowu ogarnia mnie uczucie bezradności, a w głowie kołacze się myśl „tylko niech nikt do mnie nie mówi„. Ja naprawdę nie lubię wychodzić poza strefę własnego komfortu.

ef15

Potem zadzwoniłam do Frederica i po zwiedzeniu (niestety tylko z zewnątrz) wieży, gdzie torturowano wiedźmy, poszliśmy do jego mieszkania na obiad. W międzyczasie wyszło piękne słoneczko, wspięliśmy się na wzgórza dwóch zamków, a w międzyczasie słoneczko się za chmurkami skryło.

Poszwędaliśmy się po Starym Mieście, potem poszliśmy na winne zbocza i nad jeziorko. No widoczki jak z bajki – możecie podziwiać namiastki!

ef14

Wieczorem wróciliśmy na mieszkanie i rozmawialiśmy przez kilka godzin – dostałam solidną porcję ciekawostek, które będę odpowiednio dozować w swoim czasie.

Frederic jak każdy mieszkaniec Sion ma mieszkanie, z którego widać i zamek i góry. A oto, proszę państwa, widok, który mnie przywitał w niedzielę o 8:00:

ef19Widzicie góry? Widzicie zamek między pierwszymi drzewami po lewej? Cóż, pogoda lubi zaskakiwać. Po śniadaniu zrobiliśmy jeszcze parę rundek po mieście i Frederic odwiózł mnie na wylotówkę.

(poniższe zdjęcia są jeszcze z dnia, kiedy było słońce)

ef21

Tam już po 15 minutach zatrzymało się małżeństwo, które spytało po francusku czy chcę jechać do Berna tak jak mam na kartonie. Nie wiem dlaczego, ale zrozumiałam, co więcej – odpowiedziałam, także po francusku, że tak i dziękuję bardzo. I to by było na tyle z mojej francuszczyzny, bo zaraz potem spytałam czy mówią po niemiecku (po francusku!) i na moje szczęście tata powiedział, że tak. Choć w sumie nie byli bardzo rozmowni – spytali tylko po co i dlaczego i dali mi spokój. Odwozili 14-letniego syna na wymianę szwajcarsko-szwajcarską. Tygodniowy obóz dla nastolatków z części niemieckiej i części francuskiej, gdzie ćwiczą wzajemnie swoje języki ojczyste.

Generalnie do Berna mieli nieco nie po drodze, ale bardzo się przejęli, że stopuję, więc zawieźli mnie pod sam Dworzec, dali wizytówkę (żebym napisała jak dojadę do domu) i kazali przyrzec, że wrócę pociągiem.

ef16

Przyrzekłam, po czym pokręciłam się godzinę po Bernie w poszukiwaniu… wylotówki. Tak, odpokutuję za to, ale byłam zbyt blisko mojej wioski by wydać kilkadziesiąt franków za godzinną podróż. Idąc za znakami wskazującymi drogę na autostradę pod śmierdzącym moczem wiaduktem znalazłam olbrzymi pchli targ. Obok był równie duży hangar, a w środku można było znaleźć rzeczy różnorakie – jak to na targach. Moje ulubione stanowisko to punkt Apple’a. Dwaj Arabowie rozwaleni na dobrych kilka metrów ze wszystkimi rodzajami macowskich cudenek. Nie pytam skąd je tak tanio skupują…

ef10

Niestety na wylotówce z miasta nikt mnie przez bitą godzinę nie chciał zabrać, ale w końcu zatrzymał się młody chłopak. Chwała mu za to, bo było mi już porządnie zimno. Niestety nie jechał daleko, a co gorsza, przegapiłam ogromną stację, na której świetnie łapałoby się dalej. Wysadził mnie więc tuż za zjazdem, z którego korzystał. Mega zadupie, dookoła zero drzew, więc niezły wiatr, zero słońca. No cóż, łapać trzeba, więc wypisałam tabliczkę z większą miejscowością niedaleko mojej wioski i wystawiam kciuk. Kiedy po 20 minutach zatrzymał się samochód pomyślałam, że chce mnie podwieźć w jakieś lepsze miejsce.

ef3

Tymczasem małżeństwo ze Sri Lanki mieszkające już kilkanaście lat w Szwajcarii i zadające dziwne pytania o moją pracę, zezwolenie, pensję i rodzinę jechało „o jeden zjazd z autostrady bliżej”, czyli plus minus 10 km. Naprawdę miałam duże szczęście, że od razu udało mi się ustrzelić w tamtej mikromiejscowości stopa do drugiej mikromiejscowości, ale nie przewidziałam, że… srilankowicze zostawią mnie na pasie zieleni NA ZJEŹDZIE. Łapanie samochodów, które jadą z prędkością 140km/h jest słabo rozsądne, więc nie pozostało mi nic innego jak iść za barierką w poszukiwaniu wyjścia awaryjnego z autostrady.

ef13Każdy stopowicz ma w swoim życiu dużo szczęścia. Ja także miałam go i tym razem, bo zaledwie po 300-400 metrach takowe znalazłam.

Wyszłam w sam środek uroczej niemieckiej (poczułam się jak w domu, przysięgam!) wioski i na czuja postanowiłam dojść do domu. Wyszło w końcu słońce, więc stwierdziłam, że te plus minus 10 km spaceru mi nie zaszkodzi. Nie było to specjalnie super rozsądne, bo jeśli nie masz ze sobą mapy i nie znasz sąsiednich miejscowości, a jedyne czym się kierujesz to „stamtąd przyjechaliśmy, więc muszę iść w drugą stronę”, to ostatecznie z 10 km może się zrobić 20.

Niemniej głupi ma zawsze szczęście, więc po 30 minutach spacerku znalazłam pierwsze drogowskazy rowerowe, które utwierdziły mnie w przekonaniu, że mam w głowie azymut.

ef11

Po dwóch godzinach powolnego spaceru (wg licznika kalorii spaliłam 404 kcal) byłam w domu.

A zdjęcie powyżej to kolejny dowód, że Szwajcaria luuubi karnawał – wciąż leżące konfetti z zabawy z ubiegłego tygodnia.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s