No. 18 – Andermatt

DSC_7935

(„Polska tu była”) (przyznaję, że temu zdjęciu dodałam w fotoszopie nieco czerwonej barwy, bo tak)

Obudziłam się wczoraj 6:17, przerażona, że budzik nastawiony na 6:00 mnie nie dobudził. Oczywiście chwilę później pojawiła się myśl, że skoro zaspałam całe 17 minut, to może pójść spać dalej. Z myślami biłam się do 6:48 ostatecznie stwierdzając, że warto wstać.

Po godzinie wyszłam z domu kierując się na drogę gdzie będę mogła złapać pierwszego stopa na autostradę. Dokąd? DO UPRAGNIONYCH OŚNIEŻONYCH ALP! Niestety na owej drodze spotkało mnie kolejne rozczarowanie, bo tą drogą  n i k t w sobotę nie jechał. Nie pozostało mi nic innego jak podejść 8 km aż wjazdu na A3.

Zajęło mi to 70 minut, więc pierwotny plan, który zakładał wystawienie pierwszego kciuka o 7:20 został przesunięty na 8:57.

DSC_7869

Po 20 minutach zatrzymał się samochód z małżeństwem, które… jechało do jednej miejscowości za Andermatt! Drugi raz z rzędu udało mi się złapać w krótkim czasie samochód, który zawiezie mnie w upragnione miejsce.

Pokazali mi na mapie wszystkie miejsca w Szwajcarii, które powinnam zwiedzić, jechali lokalnymi drogami, żebym mogła podziwiać alpejskie widoki, opowiadali mi o swoich dorosłych synach i o tym jak ta kobieta jest… strażakiem. Co więcej, jest szefem w swoim regionie, czyli ma pod sobą 85 rosłego chłopa.

Kiedy wyszłam z samochodu znalazłam się w jakiejś bajecznej krainie. Oto pierwsze widoki, które utwierdziły mnie w przekonaniu, że istnieją wioski z piernika:

DSC_7757

DSC_7767

DSC_7751

Przysięgam, że w tamtym momencie nie potrafiłam przestać się uśmiechać, bo oto spełniło się jedno z moich marzeń. Znalazłam się w magicznej wioseczce osadzonej pośród białych gór.

Ponieważ bardzo rozważnie do Szwajcarii nie wzięłam żadnych górskich butów, miałam spore obawy czy dam w ogóle radę wdrapać się gdziekolwiek.

DSC_7953(w tle magiczna wioska)

Na miejscu okazało się, że w zasadzie wszystkie zimowe trasy są łatwe lub bardzo łatwe, więc ufając biuletynowi wybrałam trasę, która miała 6 km długości i 400 m w górę.

Co ciekawe ścieżka, którą szłam w lecie jest zwyczajną drogą dla samochodów. W zimie zamienia się w szeroki szlak dla pieszych, łatwy zjazd dla narciarzy i… zjazd dla saneczkarzy! Także idzie sobie człowiek ubitym śniegiem, a co chwila mijają go tabuny narciarzy i saneczkarzy.

DSC_7847

Nie wiedziałam, że z gór można zjeżdżać na sankach. To musi być epickie uczucie, także kiedyś muszę tu wrócić z sankami. Sama trasa jest dosyć kręta i składa się tak jakby z mniejszych wzniesień, także w czasie zjazdu można sobie robić przerwy – tak jak ta rodzinka na zdjęciu wyżej.

DSC_7889Generalnie metody zdobywania góry są różne – jedni idą pieszo, drudzy wjeżdżają wyciągiem i schodzą pieszo, a jeszcze inni… wbiegają.

Narciarze też stanowią ciekawą grupę, bo przysięgam, parokrotnie widziałam szusujące pomarszczone twarze. Zmarszczki wskazywałyby, że to i 70-tki, ale czy to możliwe…? Nie podejmuję się oceny, ale jestem godna podziwu, szczególnie kiedy mam przed oczami swój pierwszy i jedyny performance (inaczej tego nazwać nie mogę) na nartach, kiedy nie potrafiłam nawet utrzymać pionu.

DSC_7939

Dzieci na nartach i na szelkach przypiętych do mamy, tata zjeżdżający na nartach z dzieckiem na rękach, psy na smyczach biegnące równolegle z sankami, – norma. Generalnie jedna wielka ferajna, a wszystko to mniej więcej pośród takich widoczków:

DSC_7828

DSC_7790

Trasa zajmuje 1,5 godziny, ale ja szłam nieco dłużej robiąc sobie przerwy gdzie tylko zapragnęłam, żeby się po prostu napatrzyć lub zrobić takie zdjęcie:

DSC_7886

W połowie trasy można się było poopalać

DSC_7873

Rozumowałam w ten sposób: jadę w góry, gdzie jest dużo śniegu i zimno, trzeba więc się ubrać maksymalnie ciepło. Założyłam na siebie dwie bluzki, bluzę, polar i kurtkę, a do plecaka włożyłam jeszcze super ciepły sweter. Na nogach miałam rajstopy, dwie pary skarpetek, wkładki w butach, a w plecaku ortalionowe spodnie. Do tego dwa cienkie szaliki i ciepły komin.

Bezchmurna pogoda szybko zweryfikowała moje przygotowanie – w połowie trasy gotowałam się w kurtce, a plecak pękał, bo musiał gdzieś zmieścić te dwa szaliki, spodnie, polar i sweter. Dzisiaj na twarzy wyglądam nieco.. czerwono.

DSC_7841

A poniżej dwie propozycje dla Szwajcarów, którzy nie wiedzą co robić ze swoimi pieniędzmi (może i dla Was także?).

Pierwsza:

DSC_7919

Można sobie wynająć taką malusią drewnianą chatkę, która jest na samym szczycie, skąd doskonale widać wszystko dokoła.

Druga:

DSC_7916

Można sobie kupić bilet na pociąg-restauracja-panorama, który jeździ po okolicznych górach (szlak prawie cały czas ciągnie się wzdłuż torów kolejowych, generalnie w Szwajcarii pociągiem da się dojechać niemalże wszędzie) i zatrzymuje się w szczególnie urokliwych miejscach. W środku znajdują się eleganckie stoliki z zapewne pysznym jedzeniem. Ceny nie odważyłam się sprawdzać.

DSC_7797

Szlak kończy się na 1853 m n.p.m., gdzie można zjeść w restauracji oraz skorzystać z drugiego wyciągu jadącego jeszcze wyżej – ta przyjemność dostępna tylko dla narciarzy.

 Właśnie… wyciąg! Ponieważ wyjście zajęło mi dużo dłużej niż „powinno”, a trzeba było zacząć łapać stopa na powrót (w ciągu dnia), postanowiłam zjechać na dół wyciągiem. Pytałam wcześniej w informacji jak z biletem – babeczka powiedziała, że można kupić na górze. Na górze w „kasie” powiedziano mi, że płaci się na dole, natomiast jak podeszłam 100 m pod wyciąg na pytanie „ile kosztuje zjazd na dół?” facet machnął ręką. Na dole zeszłam z krzesełka i nikt mnie o bilet nie pytał. Szwajcarzy zakładają, że nikt nie zjeżdża wyciągiem w dół…?

DSC_7949

Nie wiem jak się to stało, ale facet nie zamknął mnie w siedzonku, a jak próbowałam to zrobić sama to nie szło – nie chciałam kombinować, bo już byłam nad ziemią. Za każdym razem jak wyciąg stawał, a krzesełka nieco się kiwały, mnie stawało serce – wizja ześlizgnięcia się z siedzenia i epickiego lotu w dół niespecjalnie mi się podobała.

DSC_7958

(pięciogwiazdkowy hotel – od 700 franków/noc)

Po 30 minutach stania na drodze złapałam dwóch młodzieniaszków – Austriaka i Holendra. Austriak miał na imię Mohammed, ale jak Mohammed nie wyglądał. Holender miał dziewczynę Polkę i uważał, że Kraków to jedno z najpiękniejszych miast. Wysadzili mnie na niezłej stacji, gdzie po 3 minutach złapałam następny stop w swoje okolice (okolice, co oznacza, że znowu z powodu ładnej pogody przeszłam kilka kilometrów na nogach).

DSC_7818

Dzisiaj u mnie 15 stopni na plusie – początkowo miałam jechać do Bazylei, ale nie mam siły po wczorajszym przejściu 18 km. Przekładam na kolejny weekend.

Na zakończenie szczęśliwa Daria po zdobyciu tego niedostępnego szczytu.

DSC_7927

Reklamy

3 uwagi do wpisu “No. 18 – Andermatt

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s