No. 21

Widzę, że z niusikami na blogu nieźle się opuściłam + zdjęcia także nie są piorunujące.

Dzisiaj pod względem zdjęć lepiej nie będzie, bo w ten weekend postawiłam na towarzystwo porzucając pomysł zwiedzania czegokolwiek. Była to całkiem niezła decyzja, bo z powodu fatalnej pogody wycieczki krajoznawcze z pewnością nie należałyby do najpiękniejszych.

Przygotujcie się na porządną dawkę tekstu – wiele przygód nie będzie, w sumie to chyba żadnych, ale może wzbudzę Wasze zainteresowanie :).

DSC_8604

Weekendowe wrażenia zaczęłam w piątkowe przedpołudnie kiedy było częściowe zaćmienie słońca. Innym wyszły takie cudowne zdjęcia niebieskiego nieba z słońcem za chmurami i wyraźnie widocznym zaćmieniem (nawet robione telefonem), a mnie taki… klops. Czarne niebo, biały księżyc i nikt się nie domyśli, że to zaćmienie… Cóż, „fotografę nie jestę”.

Księżyc postanowił zasłonić słońce idealnie, kiedy Corinne była w przed-przedszkolu, więc spokojnie czas by kontemplować. Wytworzył się całkiem apokaliptyczny klimat, bo słońce mocno grzało, a naokoło było mgliście. Wokół kompletna cisza, ja ćwiczę sprint na wypadek „wchodzę dopiero do lasu, a pociąg właśnie wjeżdża na peron” (kto był u mnie na wiosnę ten wie o co chodzi), a w słuchawkach szwajcarskie radio z muzyką a la taka. Niby nie działo się nic, a dreszczyk emocji był!

Wieczorem pierwotnie miałam jechać z Finkami do Zurychu „na kluby”, ale napisałam im, że jednak rezygnuję, bo po pierwsze nie stać mnie na takie drogie imprezowanie, a po drugie jest Wielki Post i staram się wtedy nie tańczyć. Po 10 minutach dzwonią „hej Daria! To zmiana planów! Chcemy ten wieczór spędzić z Tobą, więc pojedziemy do >pobliskiej miejscowości< i tam sobie usiądziemy w barze, skoro nie chcesz ani Zurychu ani tańczyć”. Muszę przyznać, że zrobiło mi się niesamowicie miło, więc pomimo braku ochoty na wychodzenie gdziekolwiek zebrałam dupsko i pojechałam.

W barze była szafa grająca i można było wybrać polskie zespoły! Szwajcaria mnie zadziwia na każdym kroku. Po wypiciu dwóch-trzech drinków i zjedzeniu wielkiego kebaba wróciłam późną nocą taksą do domu. „Daria, wiemy ile zarabiasz, zapłacimy za Twoją część!”. Z jednej strony poczułam się jak dziewczynka z zapałkami, a z drugiej znowu mi było miło, że tak się o mnie troszczą.

Samo słowo „taksa” to też spore nadużycie, bo (jak wszystko) są one strasznie w Szwajcarii drogie, więc rezolutne Finki zagadały do dwóch chłopaków czy nie podwiozą nas do domu za x franków. Szwajcarzy od urodzenia, czyli Włoch i Hiszpan, zgodzili się ochoczo.

Plan na weekend był taki: stop do Zurychu, tam spotykam się z Josefem – kumplem z Erasmusa, coś tam w mieście oglądamy i jedziemy busem do Konstancji (niemieckie miasto na granicy ze Szwajcarią), czyli miasta gdzie rok temu byłam na Erasmusie. Po całonocnej imprezie wracam w południe do siebie, bo na 16:00 w niedzielę umówiona jestem na kawę z trzema Polkami z sąsiednich miejscowości.

Zaczynam się przyzwyczajać, że stopa DO celu łapię w przeciągu 20 minut i jest to stop bezpośredni. Tak było i tym razem – podwiózł mnie niesamowicie serdeczny młody Szwajcar, który stopował w zeszłym roku na Chorwacji i jego dwutygodniowy sierpniowy urlop był sumą ciągłego deszczu i 13 stopni. Smutek z nędzą jednym zdaniem.

Podobna pogoda jak rok temu na Bałkanach była także w Zurychu. Zrobiliśmy z Josefem rundkę wokół brzegu jeziora, potem poszliśmy na lansiarską kawę w jednym z największym dworców w Europie i pofrunęliśmy do Konstancji. W Szwajcarii prywatnej komunikacji samochodowej nie ma. Komunikacja dalekobieżna to tylko pociągi, a między pobliskimi miejscowościami jeżdżą autobusy obsługiwane przez Szwajcarską Pocztę. Nasz bus jadący do Konstancji to niemiecki autobus, więc i niemieckie ceny. Dla porównania: pociąg z mojej wioski do Zurychu (40 km i 30 minut drogi) kosztuje 20 franków, autobus z Zurychu do Konstancji (jakby nie patrzeć inny kraj, godzina drogi) – 8 euro! Słodko, prawda?

Nie należę do osób specjalnie sentymentalnych, ale miło było zobaczyć „stare śmiecie”, a tym bardziej „stare” twarze! Szczególnie, że w końcu mogłam z nimi porozmawiać po niemiecku, a nie po angielsku. Jakość mej mowy jakością, najważniejsze, że mnie rozumieli.

Zdjęcie naszej niewielkiej, ale radosnej gromadki:

IMG_0039

W niedzielę, jak już wspomniałam, byłam umówiona na 16:00 z Polkami w restauracji przy niewielkim lotnisku dla prywatnych samolotów. 100 km to niedużo, ale nigdy nie wiesz jak chętnie będą brali ludzie. Chciałam zacząć stopować już od 13:00, ale z powodu nocnych rozmów wyszło jak wyszło i kciuk wystawiłam dopiero ok. 14:30. Powoli zamarzałam (nie byłam przygotowana na taki wiatr i zimno). Kiedy zaczęłam podskakiwać w rytm muzyki sączącej się z radia zatrzymał się samochód. Ziomek powiedział, że jedzie tu i tu, ja – nie mając pojęcia gdzie to dokładnie jest – stwierdziłam, że chętnie, bo było mi naprawdę zimno, a moją taktyką na stopowanie kiedy jest zimno to „byle do samochodu, bo cieplej!”.

Ziomek był w ogóle, uwaga!, Sudańczykiem, który uciekł z ojczyzny z powodu wojny. Miał pokiereszowaną twarz i gdyby nie fotelik z tyłu z małym murzynkiem pewnie bym nie wsiadła.

Jakże wielkie było moje rozczarowanie kiedy okazało się, że miejscowość „tu i tu” to miejscowość… następna, a Sudańczyk mnie wziął, bo chciał mi znaleźć lepsze miejsce do stopowania. Udało mu się to znakomicie, bo w ciągu 5 minut złapałam stopa do Zurychu. Niemka mieszkająca w Szwajcarii, która ma dwie siostry zakochane w… Polsce. Jedna płynnie mówi po polsku, druga się uczy. Ciekawych ludzi mój Anioł Stróż stawia na mojej drodze :). Ona sama zakochana jest raczej w Niemczech, chce jak najszybciej wrócić do kraju jak tylko się trochę „dorobi”, bo system socjalny w Szwajcarii jest w porównaniu z niemieckim fatalny (bez wchodzenia na razie w szczegóły, kiedyś Wam to opiszę).

Wysadziła mnie na dużej stacji, gdzie w ciągu 3 minut złapałam wypasionego złotego mercedesa. W środku biała skóra i inne takie szmery bajery. Kierowcą był starszawy Szwajcar z sygnetami na palcach, w skórze. Jechał do miejscowości niedaleko lotniska i był na tyle miły, że nadłożył drogi (16 km) i podwiózł mnie pod same drzwi restauracji. Wściekał się na liczbę emigrantów i narzekał, że coraz mniej Szwajcarii w Szwajcarii. Głupio było tego słuchać skoro samemu przyjechało się tutaj nieco zarobić, ale suma sumarum skoro mnie nie wysadził na środku autostrady to chyba dobry z niego człowiek ;). Opowiadał, że jest KIEROWCĄ TIRA i zjeździł całą Europę. W wiele rzeczy uwierzę, ale w to, że kierowca tira ma taką wypasioną brykę + „na lato mam kabriolet, ale teraz jest za zimno”, to ciężko. Nawet jeśli to kierowca tira w Szwajcarii. Czegoś chyba nie zrozumiałam!

Ostatecznie dzięki Aniołowi Stróżowi i dobrym kierowcom spóźniłam się na spotkanie tylko 30 minut. Spotkanie z trzema Polkami było bardzo sympatyczne i… pouczające – dowiedziałam się wielu ciekawostek z życia Szwajcarii i Polonii – wszystko skrzętnie zanotowałam i kiedyś się nimi z Wami podzielę!

Po 19:00 byłam w domu gdzie czekała mnie przemiła niespodzianka, ale co to było to Wam pokażę następnym razem, bo już macie za sobą przeczytanych 1090 słów :).

DEUTSCH:

Ich habe es versprochen, dass ich auf Deutsch auch kurzschreibe, aber leider heute bin ich zu muede! 😦 Morgen oder uebermorgen! :).

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

w

Connecting to %s