No. 31 – wybory prezydenckie

Dopływ informacji był ostatnio ograniczony, ponieważ poprawiałam pracę licencjacką lub co najmniej motywowałam się do jej poprawiania. W międzyczasie trochę się nagromadziło, więc ruszam z majową ofensywą. Dzisiaj o wyborowej wycieczce, a w następnych zaległości jeszcze z kwietnia i majówki i kilka słów o urodzinach.

Ponadto dostałam równolegle kilka wiadomości, że jest mnie na zdjęciach zbyt mało, więc dzisiaj będę prawie na każdym zdjęciu! To z dedykacją dla każdej osoby, która tak mocno za mną tęskni ;).

DSC_0929

Już pierwotny plan zakładał, że muszę mieć ogrom szczęścia, żeby udało się zrealizować plan na 10 maja. Spełnienie obywatelskiego obowiązku przy urnie wyborczej, msza święta, przejście doliną z wodospadami i wyjście na szczyt jednej góry, żeby zobaczyć dolinę z lotu ptaka. Oczywiście wszystko stopem – najpierw 100 km do Berna, a potem kolejne ok. 60 lokalnymi drogami do doliny.

Ponieważ impossible is nothing byłam pewna, że mniej lub bardziej uda się mój plan zrealizować.

DSC_0923

Spoiler: NIE UDAŁO SIĘ.

Ale i tak było fantastycznie.

DSC_0874Pierwszego stopa złapałam po 5 minutach – niestety kobieta podwiozła mnie tylko kilka kilometrów dalej, bliżej autostrady. I to był błąd. Bo przed wjazdem było rondo i tylko z jednej strony była możliwość bezpiecznego łapania samochodów – niestety, droga głównie dla lokalsów, czyli rzadko skręcających tam gdzie powinni (czyli na Berno). Po 70 minutach czekania już wiedziałam, że swoje plany o podbiciu pięknej doliny muszę nieco zweryfikować.

I wtedy zatrzymało się pewne nieduże autko, którego właściciel był z Czarnogóry i choć mieszkał już tutaj dwa lata, mówił po niemiecku gorzej niż ja. Nie jechał do Berna, tylko pod Lucernę. Wiedząc, że autostrada na poszczególne miasta rozjeżdża się jeszcze przed dużą stacją benzynową, spytałam czy jedzie autostradą i czy wysadzi mnie na owej stacji. Kiwnął głową, więc z ulgą wsiadłam, bo na stacji łatwo coś do Berna złapię.

DSC_0976

Niestety. Facet nie ogarnął sytuacji i okazało się, że jedziemy lokalnymi drogami w zupełnie innym kierunku niż bym chciała. Z pomocą mapy, szybko zweryfikowałam swoje pierwotne zamierzenia – pojadę tylko do Berna (robiąc dwa razy więcej kilometrów niż trzeba), zagłosuję, poszwędam się chwilę po tym pięknym mieście i wrócę spokojnie stopem. Dzięki temu wcześniej będę w domu i np. ogladnę bajkę Disney’a.

DSC_0941

Ziomeczek wysadził mnie na przystanku, gdzie szybciutko złapałam rodzinkę z dwójką dzieci, która jechała do Lucerny. Bo w międzyczasie stwierdziłam, że (UWAGA SPORY SPOILER notki o Lucernie) dam Lucernie drugą szansę na udowodnienie, że jest najpiękniejszym szwajcarskim miastem (bzdura!).

Przed 12:00 byłam w centrum miasta, zrobiłam sobie piękne selfie z widokiem na Jezioro Czterech Kantonów i ruszyłam w poszukiwaniu wylotówki na Berno.

DSC_0814

Wiedząc, że mam dużo czasu (doliny i tak nie zobaczę, więc nie ma się co spieszyć) wybrałam dojazd drogami lokalnymi. Będę się wlokła, ale łapanie stopa jest zdecydowanie przyjemniejsze (ludzie częściej się zatrzymują) i ładniejsze niż na autostradzie. I to była decyzja wyjazdu!

Podjechałam podmiejskim autobusem do miejscowości, która według mapy powinna wieść do stolicy. Nie myliłam się, idąc wzdłuż głównej drogi (chodnikiem Tato! super bezpiecznie!) napotkałam na taki znak:

DSC_0859

Szłam tam jakieś 30 minut, bo pogoda była tak cudowna, widoczki takie piękne, że wcale mi się nie chciało wsiadać do dusznego samochodu.

Ludzie mijający samochodem pozdrawiali mnie i machali. Gdzieś czytałam, że to najbardziej gościnny, otwarty i szwajcarski region w Szwajcarii, ale żeby aż tak? Machać do randomowych włóczęgów?

Niemniej byłam zachwycona, i wydawało mi się, że zachwycona być już bardziej nie mogę.

MOGĘ.

Wychodząc zza zakrętu natknęłam się na… najprawdziwsze szwajcarskie krowy! Z dzwonkami na szyi – nie muszę chyba pisać, że to było moje marzenie – zobaczyć prawdziwe szwajcarskie krowy z dzwonkami na szyi na tle pagórków.

DSC_0898

W tamtym momencie niczego mi nie było trzeba i bardzo chwaliłam sobie niezrozumienie się z Czarnogórcem (?), bo bądź, co bądź dzięki niemu mogłam zobaczyć kwintesencję Szwajcarii.

W pewnym momencie skończył się chodnik, więc chcąc, nie chcąc musiałam coś złapać. Wyciągnęłam kciuka i już 3 samochód podwiózł mnie kilka kilometrów dalej.

Przeszłam wzdłuż miasteczka, znowuż skończył się chodnik, więc wystawiłam kciuka. Już drugi kierowca zatrzymał się na chodniku i spytał o co chodzi. 65-letni Szwajcar, pierwszy rok na emeryturze, więc w ten weekend postanowił wyjechać z miasta i przejechać się po (dalszej) okolicy ciesząc oko ładnymi widokami. Jechał w stronę Berna, więc ochoczo zgodził się mnie podwieźć.

DSC_0963

Kiedy tylko dowiedział się, że chciałabym zobaczyć jak najwięcej ze szwajcarskich krajobrazów, zjechał z głównej drogi i jeździliśmy pobocznymi drogami z tak zachwycającymi widokami, że słów mi brakowało.

Pokazał mi swój rodzinny dom, zajechaliśmy do fabryki ciastek, gdzie każdy produkt wystawiony jest na spróbowanie (obżarliśmy się porządnie i to kompletnie za friko…), kluczyliśmy z szaloną prędkością szwajcarskimi serpentynami, widzieliśmy prawdziwe berneńskie tradycyjne chatki. DSC_1081

Drogi, którymi miałam okazję jechać widzicie po lewej (te zygzaki), a trochę bardziej po prawej spore muldy, które mnie urzekły. Są wszędzie, czasami w postaci śmiesznego pagórka, na którym stoi jedno samotne drzewo. Dodatkowo słońce było wysoko, więc wspaniała gra światła i cienia.

Tradycyjna berneńska chatka wygląda tak:

DSC_1097

Ursa (na imię mu było Urs) urzekła natomiast moja historia, że stopem jadę na wybory. Ponieważ czasu miał aż nadto, to zaproponował, że nadłoży 30 km i mnie podwiezie pod drzwi ambasady. Nie miałam nic przeciwko, w międzyczasie zaproponował, że może mnie też z powrotem zabrać do Lucerny, a w drodze powrotnej wjedziemy (tak, samochodem, nie na nogach) na górę 1400 coś tam z drewnianą 40-metrową wieżą widokową (na wieżę już wyszliśmy pieszo).

Czemu nie? Trasa była tak piękna, że mogłabym nią jeździć codziennie i nigdy nie miałabym dość. Co prawda wiązało się to z powrotem pociągiem do domu, ale taką możliwość brałam pod uwagę i byłam przygotowana na ten wydatek.

Pamiątkowe zdjęcie pod Ambasadą (tak, gdzieś tam jestem):

DSC_0948

A tutaj kilka widoczków ze wspomnianej wieży, która na szczycie cała się trzęsła. Kurcze, musicie przyznać, że widoki robią wrażenie:

DSC_0967

DSC_1020

DSC_0994

W drodze powrotnej widziałam jeszcze kucyki pasące się na łące (zdjęcie niestety takie se, więc nie zobaczycie), stado LAM oraz osły:

DSC_1040

Jedyne co mi przychodziło na myśl klucząc samochodem po zboczach i mijając te sielskie gospodarstwa domowe to: „WSI SPOKOJNA, WSI WESOŁA„. Arkadia i te sprawy.

DSC_0855

Urs zaprosił mnie także na tradycyjny deser z tego regionu (specjalnie ubita bitwa śmietana, z lodami regionalnymi i ubitymi białkami), który był ooolbrzyymii i zawierał 100242259 kalorii. W y ś m i e n i t y  także był.

DSC_0812

Do Lucerny zajechaliśmy dopiero na 20:00, więc korzystając z sekretnej wiedzy, którą nabyłam tydzień temu (dlaczego ją pojęłam to w notce o majówce), oszukałam system i zamiast zapłacić 40 franków za bilet powrotny, zapłaciłam tylko 20. Co prawda wlokłam się niemiłosiernie długo, ale 80 zł zawsze w kieszeni :).

DSC_1098

Ostatecznie dojechanie do Berna zajęło mi 8 godzin, stopowałam już do tego miasta dwa razy i zajmowało mi to odpowiednio: niecałe 2 i 3 godziny. W Ambasadzie spędziłam 10 minut, ale satysfakcja z dotarcia + szczęśliwy splot spotkania właściwego kierowcy wynagrodziły mi „nadgodziny”.

Niniejszym, zupełnie nieplanowanie, zobaczyłam jeden z najprawdziwszych i zachwycających rejonów Szwajcarii, który nigdy nie były na mojej liście do zobaczenia. Tak sobie myślę, że planować zawsze mniej więcej trzeba, ale jeśli coś nie idzie zgodnie z planem to czasem zamiast frustracji, lepiej po prostu pozwolić czemuś być i brać z tego, co życie daje, jak najwięcej.

Smutno mi, że mój plan spalił na panewce, bo ani nie zobaczyłam tego co zakładałam, ani nie byłam na mszy świętej (przedostatnia msza w Bernie o 12:30, a potem o 20:00 –  w Bernie byłam o 16:00), ale właśnie to jest kwintesencją autostopowania – musisz być otwarty na to, co dają Ci inni! Warto 🙂

DSC_0850

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

w

Connecting to %s