No. 32

Pierwotny plan zakładał, że napiszę coś niecoś o Bazylei, w której byłam miesiąc temu, ale rzeczy martwe takie są, że się psują. A w moim przypadku to wręcz palą w rękach, więc notki o Bazylei dzisiaj nie będzie. Dlaczego? Otóż mojemu 9-miesięcznemu telefonowi zepsuła się dolna część wyświetlacza i nie reaguje na dotyk. A w telefonie miałam piękne notatki dotyczące wspomnianego miasta – łudzę się, że zarówno zdjęcia jak i notatnik uda się w jakiś magiczny sposób przerzucić na komputer i wtedy pojawi się odpowiedni post. Gdyby nie, to ucieknie masę ciekawostek, które sobie zapisałam, żeby się z Wami podzielić.

Część zdjęć z telefonu mam na komputerze, ale nie wszystkie, więc miło byłoby je jeszcze kiedyś zobaczyć 🙂

Telefon zepsuty, ale żyć trzeba dalej – tylko trochę boli, że znowuż muszę bezsensownie wydać kilka stówek.

im4

10 dni temu obchodziłam swoje 23. urodziny. Dostałam mnóstwo wspaniałych życzeń, kilka pocztówek/listów, za które Wam niezmiernie dziękuję!

Niesamowicie miło jest mieć urodziny, nawet jeśli spędza się je w łóżku poprawiając pracę licencjacką i gaworząc na facebooku. Za rok sobie odbiję.

Tutejsza rodzinka też pamiętała i wieczorem dostałam piękny torcik (poniżej), drobny prezencik oraz minikoncert w wykonaniu Laury, która zagrała na flecie „Happy Birthday”.

W ciągu kilku następnych dni, o dziwo, dostałam także prezent od dziadka dziewczynek i od kumpla Claudio (!!).

im5

W ubiegłą sobotę, także z okazji urodzin, szwajcarska rodzina zabrała mnie do azjatyckiej restauracji w Niemczech, gdzie obowiązuje zasada… szwedzkiego stołu. Trochę zmodyfikowana, ponieważ to nie Ty przychodzisz do jedzenia, tylko jedzenie przyjeżdża do Ciebie ;).

Wzdłuż stołów znajduje się dłuuuuugaa lada, po której na taśmie suną malutkie talerzyki z jedzeniem. Sushi, miski ryżu, makaron, kurczak, owoce (np. liczi), lody, desery i inne takie azjatyckie przysmaki – bierzesz na co masz ochotę i w ilości jaka ci odpowiada. Wygląda to mniej więcej tak:

im1

Objadłam się sushi za wszystkie czasy, zjadłam nieprzyzwoitą ilość chińskiej pana cotty i na koniec wypiłam przepyszny chiński trunek.

im2

Z ciekawostek jeszcze powiem, że wczorajszy dzień w Szwajcarii był dniem wolnym do pracy, ponieważ przypada święto kościelne – Wniebowstąpienie Pana Jezusa 40 dni po Wielkanocy.

Dlaczego u nas nie ma dnia wolnego? Ponieważ polski episkopat przeniósł święto na pierwszą niedzielę po 40 dniach od Wielkanocy.

im3

W związku z wolnym dniem postanowiłam ponownie przymierzyć się do zobaczenia upragnionej doliny. Widzę jednak, że nie będzie mi to dane, bo znowu nie udało mi się tam dotrzeć. Nie poddaję się jednak i będę próbować do skutku! 😉

Drogi kierowców, po niewielkich przygodach spowodowanych np. zajechaniem 50 km (nie było po drodze żadnej stacji benzynowej, a jechaliśmy autostradą) i łapaniu w takiej scenerii;

DSC_1105

zaprowadziły mnie ostatecznie do miasta Zug. Bardzo urodziwe, typowo kurortowe miasteczko. Milion ludzi na ulicach, mnóstwo jachtów w porcie, wszędzie budki z lodami, miejska plaża, urocze Stare Miasto, dłuuga piękna promenada. Na łące nad jeziorem klatki z królikami, nieco dalej alejka z egzotycznymi ptakami w klatkach (jak w zoo) oraz zagroda z sarnami.

DSC_1125

Zug, jak poinformował mnie kierowca tutaj mieszkający, słynie z wiśni i będąc w tym mieście trzeba spróbować albo wiśniowego torciku albo lodów ze skondensowanymi wiśniami. Zważywszy na wczorajszy gorący dzień, wybrałam to drugie.

I tutaj, gdyby mój telefon nadal mi posłusznie służył, pojawiłoby się zdjęcie z pysznym deserem. Niestety musicie go sobie wyobrazić:

na talerzu dostałam śmietankowo-jakąś gałkę lodów (coś jakby pod alkohol podchodzącą), obok szklaneczkę kandyzowanych wiśni w kompocie oraz miseczkę rozpuszczonej czekolady. Do tego łyżkę i widelec.

Szczerze powiedziawszy, trochę zgłupiałam i nie bardzo wiedziałam jak się za to jedzenie zabrać. Suma sumarum stwierdziłam, że jem jak wygodnie, czyli łyżką stołową na zmianę wcinałam lody i wyławiałam wiśnie ze szklaneczki, które maczałam w czekoladzie. Grunt, że było smaczne.

DSC_1146

Wracając z powrotem opatentowałam nowy sposób na poruszanie się po Szwajcarii. Co prawda wolniejsze niż śmignięcie jednym autem po autostradzie, ale  przynajmniej jestem pewna, że dojadę tam gdzie chcę, a nie utknę w ponad godzinnym oczekiwaniu (lub dłużej) na dobry samochód. Z Zug wróciłam lokalną drogą – 60 km pokonałam na 5 samochodów, ale nigdy nie czekałam dłużej niż 3 minuty. Stojąc na drodze, które wiedzie przez wsie i miasteczka kierowcy zatrzymują się od razu, często nadkładając jedną-dwie wioski, żeby miejsce do łapania było dogodne.

DSC_1137

W ten weekend podejmę chyba kolejną próbę dotarcia do doliny wodospadów, ale tym razem będę się trzymać lokalnych dróg, nie atakując autostrad (za długo czekania w jednym miejscu). Wstanę o świcie i dotrę! MUSZĘ!

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s