No. 33 – Bazylea

DSC_0413

Bazylea – stolica kulturalna Szwajcarii. Miasto ma ponad 30 muzeów. Centrum farmaceutyczne Europy. Jedno z niewielu miejsc (jedyne?!) w Szwajcarii, gdzie można zobaczyć nowoczesne wieżowce. Leżące na granicy Francji i Niemiec.

DSC_0086

Miasto oddalone zaledwie o 40 kilka kilometrów od mojej wioski, ale wzięłam je na dwa samochody. Pierwszy kierowca zawiedziony, że czekałam 40 minut aż ktoś się zatrzyma, podwiózł mnie w lepsze – co więcej, zły, że Szwajcarzy są nieufni i może mi się nie udać dojechać, wcisnął mi 20 franków, za które w razie zbyt długiego czasu oczekiwania miałam podjechać pociągiem.

Jednak miejsce, w którym mnie zostawił okazało się idealne – już po 3 minutach jechałam do Bazylei. Za otrzymane pieniądze  postanowiłam wrócić pociągiem – dzięki temu zyskałam kilka godzin, które musiałabym poświęcić na powrót, kiedy jest jeszcze jasno. Tymczasem mogłam zostać w mieście do wieczora – co i tak okazało się zbyt mało, bo krążyć po tym mieście pewnie można bez końca.

+ ciekawostka: następnego dnia zgubiłam dokładnie 20 franków.

DSC_0165

Bazylea to połączenie francuskich budynków z niemieckimi kamienicami. Baaardzo urokliwe miasto, z mnóstwem malutkich uliczek, które wspólnie tworzą bardzo nielogiczną całość. Rzadko kiedy gubię się w miastach, mam niezłą pamięć fotograficzną, ale ulice Bazylei mnie przerosły. Błądziłam bez mapy, wychodząc nagle w miejscu, które według mnie powinno być za mną. Skręcałam w ulice i wychodziłam w stronę rzeki, tymczasem chciałam iść „w miasto”.

DSC_0116

Początkowo było pochmurnie, ale z czasem się rozpogodziło, a z każdą minutą Bazylea podobała mi się coraz bardziej. Miasto ma dwa budynki, które mnie urzekły.

Pierwszym z nich jest… wielki czerwony Ratusz. Widzieliście kiedyś tak czerwony budynek?! Dodatkowo wbity jest pomiędzy inne kamienice, a nie jak w większości miast stanowi osobną kondygnację.

DSC_0334

DSC_0344

Drugi budynek to katedra. Dzisiaj protestancka, więc ogołocona w środku (co mnie osobiście się podoba). Rzadko kiedy katedry robią na mnie wrażenie, ale ta miała w sobie coś, czego inne katedry nie mają. Nie wiem czy to rozległe krużganki, piękne wnętrze, wieża widokowa, czy zielono-czerwono-żółty dach tak na mnie zadziałały, ale spędziłam tam dobrych kilkanaście minut.

DSC_0193

DSC_0177

Co ciekawe, chcąc wyjść na szczyt wieży dowiedziałam się, że nie mogę, bo… jestem sama. Musiałam więc przyczaić się przy kasie i wejść na górę z obcymi ludźmi. Pierwszymi osobami, które się „nawinęły” były dwie przyjaciółki z Francji. Jakoś się z nimi dogadałam po niemiecku, o co mi chodzi i pomaszerowałyśmy na górę.

Tak dziwnej wieży katedralnej jeszcze nie spotkałam – schody były tak wąskie, że niejednokrotnie ludzie idący na górę musieli zawracać, żeby przepuścić schodzących. Na samym tarasie było tak wąsko, że obowiązywał niepisany ruch jednokierunkowy. Niepisany, czyli samemu decydowałeś czy idziesz w lewo czy prawo – jeśli miałeś pecha i ktoś wcześniej poszedł w przeciwną stronę, czekało Cię cofanie się do drzwi i modlenie się, żeby już nikogo po drodze nie spotkać.

Tarasów było trzy, natomiast ostatni miał nieco inny charakter – typowo tarasowy czyli „placyk” na szczycie i oglądanie ludzi na dole przez okna. Z tym, że okna były praktycznie niezabezpieczone, więc jeśli ktoś był mniej roztropny spokojnie mógłby wypaść.

DSC_0234

Na krużgankach katedry można było spotkać niebieskie owce, które porozstawiane są w różnych miejscach w Unii Europejskiej (Hannover, Linz, Berlin, Bruksela, Strasbourg), „zatwierdził” je nasz Buzek, a mają symbolizować miłość, jedność, braterstwo, wolność i inne takie cnoty UE.

DSC_0140

Krążąc po mieście trafiłam np. na takie muzeum:

DSC_0361

Niestety z braku czasu odpuściłam oglądnięcie kolekcji. Niedaleko znajdował się taki kościół:

DSC_0381

który generalnie jest działający, ale to nie przeszkadza, by po boku znajdowała się… kawiarnia! Do kawiarni można wejść bocznym wejściem z zewnątrz kościoła, ale także od wewnątrz. Przy ścianie stoi tabliczka z zaproszeniem na herbatę…

A jeśli już jesteśmy przy współczesnym wykorzystaniu przestrzeni sakralnej, to na głównym placu Bazylei stoi taki kościół niekościół, bo dzisiaj już tylko muzeum:

DSC_0272

Natomiast na ulicy obok stoją tacy panowie:

DSC_0266

którzy za darmo rozdają Koran i chętnie porozmawiają o Mahomecie. Zwracam uwagę na zabawną grę słowną: „LIES” – po niemiecku to tryb rozkazujący słowa „czytać”, natomiast po angielsku (dla nieznających języka) – „kłamstwa”.

Jak dla mnie to trochę strzał w stopę w międzynarodowym mieście jakim jest Bazylea.

Na przeciwko Arabów stoisko rodowitych Szwajcarów, którzy lubią mleko.

DSC_0268

Kto chciał mógł dostać szklankę dobrego mleka od szwajcarskiej krówki.

Idąc dalej wzdłuż rzecznej promenady, o takiej:

DSC_0419

mijało się dawne mury miasta, gdzie rozgrywana była wówczas liga pewnej-ciekawej-gry-której-nazwy-nie-znam-ale-grałam-w-nią-kiedyś-na-XVII-wiecznej-rekonstrukcji. Rzuca się duże kulki, które mają paść jak najbliżej małej kulki:

DSC_0403

Z drugiej strony muru można natomiast było spotkać.. bezdomnych:

DSC_0407

Całkiem chyba ze swojej sytuacji zadowolonych.

Po drugiej stronie rzeki, z powodu słonecznej soboty, wygrzewało się na słońcu mnóstwo ludzi:

DSC_0533

A ja powolnym krokiem zmierzałam do punktu kulminacyjnego mojej wycieczki czyli Muzeum Tinguely’a. Uwielbiam świat sztuki, a szczególnie sztuki nowoczesnej, dlatego nie mogłam sobie odmówić przyjemności odwiedzenia osobliwej wystawy o… zapachu. Zawsze po wyjściu z takiego muzeum jestem wstrząśnięta redefinicją słowa „sztuka” i zatroskana o losy takiej „kultury”. Niemniej oglądanie tych dziwactw sprawia mi wiele frajdy (każdy lubi odrobinę abstrakcji), więc z pewną nutką ekscytacji kupowałam nietani bilet.

DSC_0450

Instalacji (nienawidzę tego słowa) było ponad dwadzieścia i składały się na nie różne dziwne rzeczy, które ciężko jest nawet opisać.

Można było przesłuchać relacji ludzi, którzy opowiadają o swoim zapachu; powąchać starą książkę; oglądnąć flakoniki z różnymi zapachami; położyć się na łóżku do masażu i poczuć zapach lawendy; oglądnąć w milionowym powiększeniu zrobione przez artystę pyłki zapachowe; wejść do pokoju, gdzie z jakiejś rury buchał dym (światowej sławy instalacja, proszę państwa, to była). I inne takie mniej lub bardziej obrzydliwe rzeczy.

Najciekawsze jednak było dopiero przede mną. Pierwszą osobliwością był tajemniczy pokój, gdzie wejść można było tylko boso z podwiniętymi spodniami, ponieważ po wejściu tonęło się w mięciutkim talku (baaardzo przyjemny dla stóp). Za zakrętem w kącie, paliła się świeczka.

DSC_0459

Nie pytajcie mnie, gdzie w tej instalacji było miejsce na zapach, bo mój umysł tego nie ogarnia – powiem Wam tylko, że moim pierwszym skojarzeniem po wejściu do pokoju, dotknięciu stopami puchu i zobaczeniu świeczki było „spaleni Żydzi”.

Jak się później okazało z broszurki, którą dostałam, artysta chciał przez tą instalację wzbudzić we mnie niepokój jaki czuli Żydzi wrzuceni do komory gazowej (ciemność). Miękki talk miał przywodzić na myśl „chodzenie po chmurach” nieżyjących już Żydów.

Moja prywatna interpretacja była nieco inna, ale pewnie punkt na maturze za skojarzenie z Żydami bym dostała ;).

DSC_0477

Drugą rzeczą szokującą i jedną z najbardziej obrzydliwych w moim życiu był ostatni pokój.

Dosyć sporych rozmiarów, cały biały, gdzie na ścianach wisiało 11 płócien. Po wejściu uderzył mnie bardzo specyficzny zapach, na tyle specyficzny, że musiałam zakryć nos chusteczką. Zanim podeszłam do pierwszego płótna przeczytałam opis instalacji:

w pokoju można było powąchać zapachy 11 mężczyzn, którzy mają różne fobie.

Po przeczytaniu tego fragmentu poczułam odruch wymiotny, więc szybko wybiegłam z pomieszczenia. Jeszcze dwa dni później czułam ten zapach.

OBRZYDLISTWO, ale taką mamy dzisiaj sztukę.

DSC_0470

Wychodząc z muzeum (zniesmaczona do cna) natknęłam się na starszego pana, który trzymał w ręku lusterko i aparat kompaktowy. Obok, na fortepianie grał niepełnosprawny pianista, a starszy pan powoli kroczył po wyimaginowanym kwadracie. W cieniu stały randomowo (choć pewnie wcale nie..) porozrzucane garnki, a wszystko kręciła kamera.

Noo, taki sobie performance – wszyscy lubimy taką sztukę.

DSC_0490

Korzystając, że w końcu jestem „w mieście” poszłam na malutkie wyprzedaże w popularnych sieciówkach i stałam się szczęśliwą właścicielką niedrogich szortów i spódnicy. Także lato – możesz przybywać!

Dodatkowo, korzystając z okazji, że Bazylea jest miastem granicznym, a Niemcy są bajecznie tanie w porównaniu ze Szwajcarią ruszyłam na podbój sklepu z kosmetykami, gdzie nakupiłam sobie wszelkich maści do końca wyjazdu płacąc g r o s z e. Nie muszę mówić, że w centrum handlowym byli sami Szwajcarzy i Francuzi. Istny obłęd – czułam się jak w Galerii Krakowskiej tuż przed świętami bożonarodzeniowymi.

Ciekawy jest jednak sposób w jaki się do owego centrum handlowego dostałam. Oto i on:

DSC_0537

Bazylejska „Ósemka” z samego centrum zabiera cię w podróż tramwajem za 4,40 franka przez dwa kraje. Zdjęcie zrobione na przejściu granicznym. Co ciekawe, podróż powrotna kosztuje tylko 3,60 franka – nie widzę logiki.

Skończyły mi się wybrane dla Was zdjęcia, także muszę kończyć i ja.

Miało być krótko, a tymczasem nie wiem czy ktoś z Was przebrnął przez wszystko. Ale Bazylea naprawdę zasługuje na dwie takie długie notki, bo miasto choć nie ma Alp, to ma mnóstwo innych rzeczy do zaoferowania! 🙂

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s