No. 34 – Lucerna

DSC_0700

Lucerna to podobno najpiękniejsze miasto Szwajcarii. Niepotrzebnie o tym wiedziałam, bo wtedy ma człowiek większe wymagania, szczególnie kiedy widział Berno i Bazyleę.

Mnie osobiście to miasto się nie podobało. Powodów może być co najmniej kilka: nastawienie na zobaczenie „ueber-miasta”, paskudna deszczowa pogoda, najnudniejszy host (ziomek, u którego nocowałam) świata czy po prostu mój gust.

Znaczy – „nie podobało”, to zbyt dużo powiedziane – po prostu miasto jak miasto. Jak dla mnie nie umywa się do dwóch wspomnianych już wyżej, a widok na Jezioro Czterech Kantonów też nie porywa – panorama Thunersee była zdecydowanie bardziej imponująca.

DSC_0751

Miasto jest niewielkie, więc host zdążył mi je pokazać w jakieś 1,5 godziny. Aczkolwiek o mieście nie wiedział nic, irytowało go robienie przeze mnie zdjęć, chciał przejść trasę najszybciej jak się da. Gdyby nie moja magiczna karteczka z rzeczami, które chcę zobaczyć, pewnie nie zobaczyłabym nawet połowy – podobno Stare Miasto jest bardzo urocze, ale uliczki, które pokazał mi Ulysses były takie no, zwyczajne. Aczkolwiek biorę pod uwagę fakt, że chciał „spacer” zaliczyć jak najszybciej.

DSC_0720

Suma sumarum, jedyne co rzuciło mi się w oczy jako warte uwagi to ogrom turystów z Azji. Padało i było zimno, ale oni i tak byli wszędzie. Więcej niż białych. Skalę zjawiska turystów z Azji, a najprawdopodobniej najwięcej z Korei Południowej, obrazują dwa fakty, oto pierwszy z nich:

DSC_0689

Na ulicach porozwieszane są plakaty i tabliczki z koreańskimi (?) napisami, żeby nie karmić gołębi oraz łabędzi. Także na samych sklepach często można zobaczyć chińskie znaczki.

DSC_0696

Drugi fakt: w Szwajcarii wszystkie sklepy w niedzielę są zamknięte. Tymczasem w Lucernie są dwie ulice, gdzie w sumie znajduje się ok. 10 sklepów ze szwajcarskimi zegarkami – mijasz sklep za sklepem. I ONE W NIEDZIELĘ SĄ OTWARTE, a w nich tłumy Azjatów. Ekspedientkami były… także Azjatki. Nie wiem w jaki sposób ominęli prawo, ale jest to dosyć zaskakujące, zważywszy na fakt, że w Szwajcarii, w niedzielę nie kupisz nawet chleba na śniadanie. A zegarek owszem.

DSC_0680

Wieczorem Ulysses wziął mnie do baru na spotkanie z jego dwoma kumplami z pracy, potem poszliśmy chwilę do klubu, także za to mu akurat jestem wdzięczna, bo mogłam znowu błysnąć moim polskim niemieckim + chwilę potańczyć, czego mi nieco brakuje. Z baru rozciągał się widok na stare miasto nocą, ale nawet ten widok mnie nie zachwycił. Nie wiem co z tym miastem jest nie tak.

DSC_0643

W Lucernie są dwa zabytki, które trzeba absolutnie zobaczyć. Pierwszym z nich jest pomnik śmiertelnie zranionego lwa. Symbolizuje szwajcarskich gwardzistów poległych w czasie rewolucji francuskiej. Piękny, imponujący i wymowny.

DSC_0657

Drugą atrakcją jest Kapellbruecke, czyli drewniany most (w sumie są takie dwa, ale tylko jeden jest słynny), gdzie na sklepieniu można oglądać malowidła z dawien dawna. Nie chcę skłamać, ale jakoś z renesansu? W każdym razie są bardzo stare, bardzo cenne i niestety w połowie spłonęły w latach 90′.

DSC_0834

A tutaj pocztówka jak most plonie:

DSC_0709

Most zrekonstruowano, część malowideł odrestaurowano, ale można także zobaczyć te kompletnie spalone.

DSC_0702

Wyżej zdjęcie na owy most + hotel, który stylizowany jest na zamek z bajki.

DSC_0669

Nie, nie przyjechałam powyższym garbusikiem, ale do Lucerny dojechałam bezpośrednio z Brugg po 5 minutach łapania. Ziomeczek był bardzo przemiły, nadłożył dla mnie 15 km, żeby podwieźć mnie do samego centrum. I tutaj zdarzyła się historia, którą znacie pewnie z facebooka – także nie będę jej tutaj streszczać – sorry, Rodzice, ale nie poznacie tej zabawnej historii ;).

Z powrotem, w niedzielę odwiedziłam kierowcę z wczoraj (dlaczego? odsyłam na facebooka) i stamtąd wyruszyłam w drogę powrotną. Po kilkudziesięciominutowym czekaniu, złapałam parę, która nadłożyła dla mnie 30 km, żeby podwieźć mnie pod same drzwi domu. Byłam im niesamowicie wdzięczna, ponieważ bardzo, naprawdę bardzo obtarły mnie buty (GÓRSKIE!!), a dzięki nim nie musiałam już nigdzie łazić. Trochę dziwnie się jechało wiedząc, że mają tyle samo lat co ja, a pracują już 5 lat, mają własny samochód i takie tam inne sprawy, które sprawiają, że są już całkowicie samodzielni. Gdzie ja, a gdzie oni? Gdzie nasz system edukacji, a gdzie ich?

DSC_0723

W niedzielę byłam także na mszy w wielkim kościele, który nie miał witraży, a białe szyby, więc niby wyglądał jak wszystkie stare kościoły, ale jednak inaczej. A msza była przepiękna – trafiłam akurat na taką z chórem, także 1,5 godziny miodu dla uszu :). Jakaś taka inna niż te dotychczasowe szwajcarskie – ludzie jakoś bardziej elegancko ubrani, zaangażowani w śpiewanie (szczególnie dziadki z ławki za mną).

DSC_0734

Generalnie miastem byłam rozczarowana, ale los dał Lucernie drugą szansę – odwiedziłam ją po raz drugi, tydzień później jadąc na wybory do Berna.

Pogoda była wtedy idealna, więc i miasto nabrało blasku i widok na jezioro był przyjemniejszy. Mimo wszystko nadal nie porwało. Po prostu ładne miasto nad jeziorem.

Poniżej porównanie tego samego widoczku z dwóch dni:

DSC_0766

DSC_0800

Jedyne co w tym mieście mi się podobało na maksa, to rzeka, która w ciągu tych deszczowych dni nabrała objętości i z ogromną szybkością niemalże na równi z chodnikiem czy mostem mknęła w swoją stronę. Dodatkowo miała piękny zielono-niebieski kolor.

DSC_0769

Podróżując po mieście zaszłam także przez przypadek do małej kaplicy, gdzie akurat odbywała się msza dla… Hindusów. Zostałam na dobrych kilka minut. Dziwne śpiewy, dziwny język, ale ciekawe doświadczenie, nie ukrywam.

DSC_0825

Myślę, że po zdjęciach łatwo zauważyć, które robione były w majówkę, a które w czasie moje drogi na wybory ;).

Poniżej zdjęcie przedstawiające Pilatus, czyli najwyższą górę w tej okolicy i jedną z najpiękniejszym widokiem na Jezioro Czterech Kantonów (robione z pociągu). Miałam się na nią wspiąć, ale raz, że pogoda, a dwa, że obtarte stopy pokrzyżowały mi plany.

DSC_0774

I tym postem nadrabiam wszelkie „wycieczkowe” zaległości, ponieważ przez ostatnie dwa weekendy moje podróży były żadne i nie ma co opowiadać, ani tym bardziej pokazywać. Dopadł mnie leń i zniechęcenie do autostopu. Może w tę niedzielę zobaczę coś ciekawego, ale z powodu ponurej pogody raczej wątpię.

Niemniej, do mojego powrotu do Polski został równo miesiąc, więc chcąc nie chcąc, wpadam w fazę przygotowań mniejszych lub większych do obrony licencjatu.

DSC_0783

Czas płynie powoli, Claudio ma teraz urlop, ale mojego rytmu dnia to nie zmienia, oprócz tego, że Laura trochę mnie pyskuje ;). Słońce przeplata się z deszczem, a raczej czasem wyjdzie zza deszczowych chmur. Przez najbliższy tydzień mamy go w ogóle nie uraczyć. Taki klimat Szwajcarii, że nawet jak mam ochotę gdzieś pojechać to pada.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

w

Connecting to %s