No. 36

Ten post powinien pojawić się już dawno, jednak dopiero perspektywa, że jutro koniec miesiąca zmotywowała mnie do napisania kilku słów.

Od 19 czerwca jestem w Polsce i się organizuję. Mniej lub bardziej, ale chyba do października nie będzie spokojnie i zorganizowanie.

Pierwsze dwa dni spędziłam na rozpakowywaniu bagażu, rozmowach z rodziną. W niedzielę postanowiłam się pouczyć do wtorkowej obrony pracy licencjackiej, ale nic z tego nie wyszło. Dzień przed obroną dostałam fantastyczną propozycję koleżanki ze studiów, by się spotkać i wspólnie powtórzyć (w sensie nauczyć) przed egzaminem. Dominika sprawiła, że ogarnęłam wszystkie zagadnienia w przeciągu kilka godzin. Na dodatek uspokoiła mnie na tyle, że nawet wchodząc na egzamin nie czułam się zestresowana.

Zdałam na 5 i pomyślałam, że warto było założyć buty na obcasie bodajże 5 raz w życiu. Po obronie umówiłam się na wiejskie ploty w krakowskiej knajpie, a w środę zabalowałam w świetnej piwiarni, która znajduje się na rogu pierwszej kamienicy po prawej patrząc na ul. Dietla od strony Mostu Grunwaldzkiego (adres bodajże Dietla 1), gdzie namiętnie grałam z kolegą w Jengę. Piwo warzą na miejscu, także koniecznie się tam wybierzcie, jeśli lubicie gorzkie piwa!

W czwartek i piątek kolejne nadrabianie zaległości w rozmowach i pierwsza (druga?) próba gry w tenisa. UWAGA – muszę pochwalić Tuska… Do czwartku nie wiedziałam, że orliki są darmowe nie tylko dla uczniów, ale całej polskiej społeczności. Także można się polansić na tenisa za darmoszkę i to 6 km od mojej wioski! Świetna sprawa taki tenis, dlatego w poniedziałek wybraliśmy się raz jeszcze i na tym się nie skończy.

W weekend natomiast była impreza, na którą czekałam od kilku miesięcy – Dni Szarowa, czyli wiejski festyn z dobrą muzyką w rytmie disco. Dobrze było zobaczyć twarze znajomych, których tak dawno się nie widziało. Zniszczyłam także doszczętnie swoje okulary, które w przypływie geniuszu (mam go zdecydowanie zbyt często), włożyłam do kieszeni w spodniach. W końcu z niej wypadły, a tłum tańczących nóg zrobił swoje. Ogólnie strata niewielka, bo w czwartek tak czy siak byłam umówiona do okulisty i wymianę oprawek, ale moja beztroska zawsze mnie zadziwia!

Dzisiaj żadnych zdjęć i typowy dziennik Darii, ale jeśli tylko zepnę pośladki to już jutro wracam do opisywania zaległych kilku przepięknych wycieczek! Stay tuned. Ciekawe czy zagląda tu jeszcze ktoś, kto nie ma subskrypcji.

+ ciekawostka z dzisiaj:

Stoję na przystanku tramwajowym Dworzec Główny. Podchodzi starsza Rosjanka i pyta, którym tramwajem (użyła dokładnie tego słowa) dojedzie do… Częstochowy. Trochę mnie to zbiło z tropu, szczególnie, że nie bardzo rozumiała dlaczego musi się cofnąć do budynku Dworca Głównego, bo przecież „tramwaj”.

Rosja to stan umysłu.

Reklamy

2 uwagi do wpisu “No. 36

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

w

Connecting to %s