No. 44 – Interlaken

DSC_2988

Ostatnią podróż po Szwajcarii zaczęłam w sobotę po południu. Przyjaciel rodziny podwiózł mnie od wioski obok skąd było dobre miejsce wypadowe na dalsze łapanie w stronę Berna, gdzie o 15:00 miałam spotkać się z Justyną.

DSC_2987

Ostatnim razem stopowanie do Berna kompletnie mi nie poszło, ale tym razem optymistycznie założyłam, że uda się dotrzeć w przeciągu trzech godzin (google maps pokazywało półtorej godziny samej jazdy). W ciągu kilku minut złapałam samochód, który podwiózł mnie 1/3 trasy. Kierowca był Niemcem z dawnego NRD. Wysadził mnie w dogodnym miejscu skąd po kolejnych kilku minutach złapałam kolejnego Niemca z dawnego NRD. Jechał kabrioletem, miał rok do emerytury, więc po drodze zatrzymaliśmy się w salonie samochodowym gdzie sprzedawano kampery – chciał takim jeździć po Europie już po przejściu na emeryturę.

Nadłożył dla mnie ok. 30 km i wysadził mnie tuż pod Bernem w dużym centrum handlowym. Byłam pewna, że tam także złapię w ciągu kilku minut, niestety czekałam na podziemnym parkingu całe 40! A to naprawdę sporo jak na takie dogodne miejsce. Podrzucił mnie (pod sam dworzec główny)  Portugalczyk wychowany w Szwajcarii.

Bramę, pod którą miałam się z Justyną spotkać przekroczyłam o 15:00. W momencie, w którym siadałam na krawężniku, by na nią poczekać, zaczęły głośno bić dzwony. To się nazywa autostop działający jak w szwajcarskim zegarku…

DSC_2996

DSC_2999

Z Justyną od razu znalazłam wspólny język, bo obie gadałyśmy jak nakręcone zachwycone autostopem, podróżowaniem i Szwajcarią. Powędrowałyśmy kilka kilometrów przez miasto na wylotówkę, gdzie po kilkunastu minutach złapałyśmy parę, która podrzuciła nas w miejsce gdzie po 30 sekundach jechałyśmy już dalej do Thun, czyli miasta w połowie drogi Berno-Interlaken.

Z Thun z jednego końca miasta na drugi przewiózł nas Szwajcar, a po chwili złapałyśmy stopa już do Interlaken (kierowcą po raz kolejny był Niemiec). Co ciekawe, facet powiedział, że nie jedzie w naszym kierunku, ale może nas podrzucić, bo to dla niego żaden problem.

W samym Interlaken porządnie pobłądziłyśmy zanim w tłumie turystów (co drugi to muzułmanin lub muzułmanka ubrana od stóp do głów) i zawiłości uliczek znalazłyśmy nasz hostel. O taki:

DSC_2983

Przypominam, że to ten hostel za 5 franków.

Wchodzimy do recepcji, wypełniamy stosowne druczki, a recepcjonistka pyta nas czy mamy ze sobą śpiwory. Odpowiadamy, że nie, bo myślałyśmy, że takie rzeczy są zapewnione. Pani potakuje i mówi, że owszem, ale w normalnym pokoju, a my zamówiłyśmy nocleg w pokoju… z hamakami! W pokoju z hamakami, który jest na poddaszu, a jedna ze ścian to w pół otwarta (konstrukcja na zasadzie deska-przestrzeń-deska-przestrzeń).

Odpowiedź na pytanie dlaczego ten nocleg był taki tani została znaleziona 🙂 Niemniej nie mając innego wyjścia zostałyśmy na noc w hamakowym pokoju.

DSC_2890

Po zostawieniu rzeczy poszłyśmy zobaczyć miasteczko wieczorem, gdzie turysta ocierał się o turystę (głównie muzułmanina albo Azjatę). Próbowałam zrobić ładne zdjęcia nieba:

DSC_2956

ale nic z tego nie wyszło. Poszwędałyśmy się jeszcze kilkadziesiąt minut i wróciłyśmy do hostelu.

Tymczasem w naszym hamakowym pokoju pojawili się nowi lokatorzy – Amerykanin, Koreańczyk i jeśli dobrze pamiętam to ziomek z Singapuru. W każdym razie skośnooki. To była ich kolejna noc w owym pokoju – oni także nie mieli ze sobą śpiworów, więc w nocy spali WE WSZYSTKIM CO MIELI. Zakładali kilka par bluzek, dwie pary spodni, dwie pary skarpetek, kurtkę, czapkę, a i tak zapewniali, że trzęsą się z zimna w środku nocy. Uwierzyłam, bo wszyscy wiemy jak się śpi, kiedy człowiek nie jest przykryty, śpi się w na w pół otwartym pomieszczeniu, gdzie wpada zimne powietrze, a temperatura na zewnątrz (więc i w owym pokoju) oscyluje w granicach 12 stopni.

DSC_2968

Nieco przerażone ich opowieściami zdecydowałyśmy, że uśmiechniemy się ładnie do recepcjonisty i poprosimy o jakieś koce – nawet odpłatnie. Młody chłopak kazał nam wrócić za 20 minut i ku naszej uciesze załatwił nam dwa komplety kołder (!!) za 5 franków od osoby. Nie zastanawiałyśmy się długo i popędziłyśmy szczęśliwe na górę.

DSC_2868

Pożartowaliśmy jeszcze z naszymi kompanami niedoli i po północy położyłyśmy się w naszych hamakach otulone od stóp do głów. Spałam bardzo płytko i za każdym przebudzeniem byłam zdziwiona jak bardzo jest mi cieplutko (kołdra, kurtka, sweter i trzy bluzki dały radę). Koło 3:00 obudziło mnie… trzęsienie się z zimna Amerykanina. Biedak leżał i cały się trząsł. Ponieważ mnie było gorąco, odstąpiłam mu moją „poduszkę” czyli zwinięty koc, który wzięłam ze sobą z domu. Proponowałam mu to jeszcze wieczorem, ale stanowczo odmawiał. O 3:00 nad ranem przyjął mój prezent z otwartymi ramionami ;).

DSC_2886

Spaliście kiedykolwiek w hamaku? Gorąco polecam, bo ostatecznie miło tę noc wspominam!

Rano powoli zaczęłyśmy się zbierać, poszłyśmy na moją ostatnią szwajcarską mszę świętą, a potem po króciutkiej fotosesji poszłyśmy na wylotówkę w stronę Berna, gdzie miałyśmy się rozstać. Justyna wracała do siebie, a ja dalej w stronę Lozanny. Po kilkunastu minutach oczekiwania przechodzący obok facet zaproponował nam zmianę miejscówki. Posłuchałyśmy go i już po 10 minutach złapałyśmy samochód, którego z tamtego miejsca złapać nie miałyśmy szans. Miły Szwajcar zawiózł nas do samiuteńkiego Berna.

DSC_2896

A tam nasze drogi z Justyną rozeszły się…

DSC_3007

I zdjęcie dowód, że tam jest naprawdę wielu Azjatów (menu w całości po „chińsku”):

DSC_3019

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s