No. 45 – St. Sulpice

*dzisiaj jest bardzo dużo tekstu, a stosunkowo mało zdjęć, ale opowieść polecam ;)*

DSC_3113

W Bernie zgodnie z wcześniej ustalonym planem, w niedzielę koło 14:00 rozdzieliłyśmy się – Justyna poszła zwiedzać miasto i wieczorem wróciła do swojej winnicy, a ja poszłam na wylotówkę w stronę Lozanny. Miałam na dotarcie 4,5 godziny  – nie pamiętam jak to było daleko, ale wiem, że trasę powinnam była pokonać spokojnie.

DSC_3032

W Bernie krzyżuje się wiele krajowych dróg, kilkukrotnie byłam w tym mieście i nigdy nie wspominam stopowania do i z Berna z przyjemnością. Zawsze wiązało się to z długim oczekiwaniem.

Tym razem nie było inaczej. Czekałam w bardzo dobrym do zatrzymania się miejscu ponad godzinę (na warunki szwajcarskie to arcydługo)! Czas szybko topniał, a przecież na 18:30 byłam umówiona. Mogłam to bez problemu przełożyć, ale nie lubię tego robić – wolałam po prostu zdążyć. Adele, Słowaczka wychowana w USA, a teraz pracująca badawczo w Szwajcarii, nie tylko zgodziła się mnie przenocować, ale także zaprosiła na spotkanie młodych w kościele protestanckim w małej miejscowości St. Sulpice pod Lozanną. I bardzo chciałam na nie zdążyć.

DSC_3053

Także dopiero po godzinie zatrzymał się samochód. Co ważne – 30 km za Bernem zaczyna się już francuska część Szwajcarii, czyli moje tajemne niemieckie moce przestają działać, a pozostaje zabawa w kalambury. W samochodzie siedział mężczyzna i kobieta – facet wyglądał jak typowy Francuz-kozak, a ona jak typowa Polka – z różową opaską na włosach, z długimi tipsami, w różowym dresie. Dogadałam się, że zawiozą mnie do Freiburga i jedziemy sobie w milczeniu. Po kilku minutach do kobiety dzwoni telefon i zgadnijcie w jakim języku rozmawia…?

DSC_3087

(po lewej Szwajcaria, po prawej Francja)

Tak, okazała się Polką mieszkającą już ponad 10 lat w Szwajcarii, ale myślącą coraz częściej o powrocie. Poplotkowałyśmy więc kilkanaście minut jazdy, a potem zostałam wyrzucona przy stacji benzynowej w świetnym miejscu do łapania. Czas miałam niezbyt ciekawy, dodatkowo pojechałam trochę naokoło, więc nie miałam dużych nadziei, że zdążę na w/w spotkanie.

O dziwo, po ok. 15 minutach zatrzymał się kolejny samochód. Pytam łamanym francuskim czy w stronę Vevey i że nie mówię po francusku, ale po niemiecku – owszem. A facet, że po niemiecku to nie, ale po rosyjsku tak. I wtedy radośnie wykrzyknęłam, że świetnie, bo ja z Polski, więc trochę się zrozumiemy. A on na to, że jest Ukraińcem i mówi po polsku :).

DSC_3080

Także wesoło gaworzyliśmy o Szwajcarii, Ukrainiec o typowym ukraińskim imieniu, którego teraz nie pamiętam,  chciał pokazać mi region przez który przejeżdżaliśmy, ale niestety musiałam odmówić z powodu braku czasu. Sprzedał mi ciekawostkę, że w Gruyere jest Muzeum Obcych – pokazał mi mnóstwo zdjęć, więc może gdybym wiedziała wcześniej to i tam bym się wybrała.

W Vevey autostrada się rozdziela – Ukrainiec jechał w lewo, ja w prawo. Zlitował się jednak nade mną i zawiózł mnie 20 km w prawo, zostawiając mnie pod samym portem w Lozannie, który następnego dnia wyglądał tak:

DSC_3206

Dzięki temu uśmiechowi autostopowego losu miałam jeszcze 1,5 godziny do spotkania w umówionym miejscu. Nie bardzo miałam pomysł jak dojechać na to miejsce, wiedziałam jednak, że jest nad jeziorem, leży na lewo od Lozanny, a odległość to ok. 7 km. Postanowiłam więc trzymać się drogi, na której zostawił mnie Ukrainiec, tylko iść w drugą stronę. Wkrótce znalazłam przystanek autobusowy, samochody jechały tam bardzo wolno, więc świetne miejsce do łapania.

DSC_3045

Podeszłam do tego optymistycznie, zapominając kompletnie, że jestem w krainie języka francuskiego o czym szybko przypomniałam sobie, kiedy zatrzymał się pierwszy samochód i zaczął rozmowę po francusku.

Na szczęście miałam na małej kartce napisaną nazwę miejscowości. Po gestach mężczyzny zrozumiałam, że nie jedzie tam, ale jest to niedaleko, więc spokojnie mnie podwiezie. Udało się ustalić, że jest z Kosowa i ma tutaj firmę hydrauliczną. Ja przekazałam mu co robię w Szwajcarii, skąd jestem, gdzie i dlaczego tam jadę. Pokazywałam różne dziwne rzeczy, a facet zgadywał po francusku – uczyłam się francuskiego przez 3 lata (i umiem chyba mniej niż z fizyki…), więc znaczenie niektórych słów mi się przypominało.

DSC_3037

Ustaliliśmy więc, że jadę do St. Sulpice, bo tam spotykam się z przyjaciółką, którą chcę odwiedzić. Po 10 minutach byłam w miejscowości, jednak mężczyzna uparł się, że zawiezie mnie pod wskazany adres. Ja oczywiście nie miałam pojęcia gdzie to jest, Kosowianin też nie. Był jednak bardzo zdeterminowany, aby odwieźć mnie tam gdzie potrzebowałam, więc przez następne 30 minut jeździliśmy po miejscowości i szukaliśmy ludzi, aby spytać o drogę. Któraś z kolei kobieta, Amerykanka, próbowała wytłumaczyć po francusku mojemu kierowcy, a potem mnie po angielsku. Zrozumieliśmy zupełnie na odwrót (ja chciałam jechać w prawo, on w lewo), na szczęście kobieta widząc naszą ogólną dezorientację zaproponowała, że poprowadzi nas swoim samochodem.

Także po kilkunastu minutach błądzenia i poczucia niesamowitej skrępowania, że tyle sprawiłam problemu, dostaliśmy eskortę pod sam „kościół”.

DSC_3020

A w międzyczasie poczułam się jak w filmie, bo miasteczko wyglądało jak z romantycznych opowieści. Kiedy wyjechaliśmy na drogę równoległą do brzegu jeziora po prostu oniemiałam. To było takie delikatne, subtelne, nieśmiałe. Patrzyłam na te widoczki i do głowy przychodziły mi tylko takie myśli. Jakkolwiek by to śmiesznie nie brzmiało kojarzyło mi się to z jedwabiem.

DSC_3094

St. Sulpice zrobiło na mnie piorunujące wrażenie. Tak jakby czas się tam zatrzymał, ludzie żyli jak w piosence rozpoczynającej bajkę Piękna i Bestia (czy ktokolwiek wie o czym piszę…?). Myślę, że to ta pogoda tak na mnie zadziałała – wprowadziła tajemniczy, przedburzowy nastrój. Wszystkie dotychczasowe miejsca, które do tej pory widziałam zachwycały mnie, owszem, zapierały dech w piersiach, owszem, ale nie elektryzowały. A ja zupełnie straciłam głowę dla St. Sulpice. To było takie miejsce, które chciałabym zachować tylko dla siebie, żeby nikt tam nie trafił, żeby nikt nie skaził jego niewinności swoją obecnością. Jest taka piosenka Bajora „nie znajdą nas”, gdzie podmiot liryczny chce uciec przed światem ze swoją ukochaną – i ja bym chciała, żeby mnie zabrał właśnie tam.

DSC_3029

W tym poście znajdują się zdjęcia, które zrobiłam czekając na spotkanie z młodymi – ostatecznie udało mi się dotrzeć 45 minut przed czasem.

DSC_3084

O spotkaniu, o francuskiej części napiszę już jutro, a dzisiaj zostańcie z myślą przy tym dobrym człowieku, który pomimo olbrzymich barier językowych postanowił mi pomóc  – zostawił mi swoją wizytówkę, zaprosił na kawę gdybym miała czas. I może bym się nawet skusiła, gdybym po francusku była chociaż w stanie powiedzieć ile mam lat… 😉

DSC_3055

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

w

Connecting to %s