No. 47 – szlak winny Lavaux

Szlak winny wzdłuż Jeziora Genewskiego należy podobno do najpiękniejszych szlaków winnych świata. Ciągnie się na długości 11 kilometrów, zaczyna się kilka kilometrów za Lozanną, a kończy kilka przed Vevey.

Trasę można pokonać jadąc drogą kantonalną wzdłuż jeziora lub skręcić w górę gdzie podróżuje się tarasami widokowymi poprzez malusie wsie całkowicie pochłonięte biznesem winnym.DSC_3265

Mój plan zakładał dojechanie do miejscowości gdzie szlak się zaczyna, a następnie wspinanie się do tarasów i przemaszerowanie na ile mi sił starczy. Choć słowo „plan” to zbyt duże słowo – tak naprawdę założyłam, że dostanę się tam gdzie pojedzie kierowca, a na miejscu będę myśleć co dalej.DSC_3273Stałam więc i machałam, a po chwili zatrzymał się starszy siwy pan. Widząc go przez szybę trochę się zatroskałam, bo wiek wskazywał, że kierowca prawdopodobnie mówi tylko po francusku.

Jeśli głupi ma zawsze szczęście, to ja jestem wyjątkowo niemądra, bo okazało się, że pan był Szwajcarem z części niemieckiej mieszkający od 30 kilku lat niedaleko Lozanny, także mówił po niemiecku i francusku (po włosku także).DSC_3275Co więcej, słysząc moją historię i zamiary przejścia szlaku zaproponował, że po załatwieniu jednej sprawy w pobliskiej miejscowości może mnie przez ten cały szlak przewieźć, a kiedy będę chciała „chwilę dla fotoreportera” to zatrzyma się gdzie trzeba 🙂 Dzięki temu nie tylko zyskałam sympatycznego kompana, ale także nie musiałam się wspinać po winnicach.

Prawie wszystkie zdjęcia (chyba, że wyraźnie zaznaczono inaczej) pochodzą z wycieczki po tarasach widokowych. Widoki jak dla mnie zapierające dech w piersiach, szczególnie, że była cudowna pogoda – przyjemnie świeciło słońce – grzało twarz, a wiatr delikatnie smagał nasze policzka ;).DSC_3277

Zdjęcie z moim kolegą:DSC_3308Notabene, dał mi swój adres mailowy, żebym mu to zdjęcie wysłała, a ja sobie o tym przypomniałam właśnie teraz pisząc tego posta. Adres zapisany był w telefonie, którego już nie mam, także dupa zbita :(.

DSC_3293W szlaku winnym i całym Jeziorze Genewskim zakochałam się. W ogóle to wydaje mi się, że zakochuję się w prawie każdym miejscu w Szwajcarii i gdybym miała stworzyć top5 najlepszych miejsc to miałabym olbrzymi problem…

Tak to jest jak człowiek jeszcze mało widział i go wszystko zachwyca ;).

Po zatrzymaniu się na kilku tarasach oraz przejechaniu kilku przeuroczych miniwioseczek całych obrośniętych winoroślami nadszedł czas na pożegnanie i dalsze stopowanie w kierunku miejsca mojego noclegu czyli Martigny.DSC_3285Do przejechania nie było wiele kilometrów (ok. 100), ale obiecałam hostowi być na 19:00, a była już 16:00. Bardzo pierwotny plan wycieczki zakładał zatrzymanie się jeszcze na chwilę w dwóch większych miastach po trasie – Vevey i Montreux (szwajcarskie las vegas, centrum jazzu i nowobogactwa) – ale poranny postój w Lozannie oraz dłuższy pobyt w Lavaux zmusiły mnie do usunięcia tych dwóch miast z mojej listy.DSC_3299Do Vevey podwiózł mnie Portugalczyk mieszkający w tutejszej okolicy. Na ile mój francuski pozwolił na tyle wytłumaczyłam kim jestem, a nawet udało mi się dowiedzieć jak ma na imię i ile ma lat córka, która jechała na tylnym siedzeniu.

Ponieważ na zwiedzanie czasu nie miałam, przeszłam tylko promenadą wzdłuż jeziora, aby znaleźć symbol miasta. Oto i on (autentycznie taki był kolor nieba, gór i wody):DSC_3351Sieknęłam sobie jeszcze szybkie selfie i pomaszerowałam łapać dalej.DSC_3343

Z Vevey zgarnął mnie gburowaty pan, który nie zamienił ze mną ani słowa i prawie na mnie nakrzyczał, gdy chciałam usiąść z tyłu na siedzeniu razem z plecakiem. Wysadził mnie w środku Martigny, a ponieważ zaczęła się robić nieco nieprzyjemna pogoda to postanowiłam od razu łapać dalej. (i ostatnie zdjęcie z Vevey:)DSC_3341

Wkrótce zatrzymała się Angielka, która, o dziwo, mówiła bardzo zrozumiałym angielskim. Akcent bardzo zabawny, ale grunt, że nie żadne londyńskie mamrotanie, tylko powolne, wyraźne słowa. Do dzisiaj słyszę w głowie jej głos i charakterystyczny ruch prawą ręką.DSC_3303Bardzo się zatroskała moim losem, więc kiedy przegapiłyśmy zjazd na właściwą dla mnie drogę, nadłożyła kilka kilometrów i zawiozła mnie na inną wylotówkę. Oferowała nawet pieniądze na bilet, bo „byłabym wtedy o niebo spokojniejsza„.

Odmówiłam i po chwili (na szczęście, bo jak tylko wsiadłam to rozpętała się miniburza z okreopną ulewą) łapania już siedziałam w samochodzie jadącym do miejsca mojej destynacji. W samochodzie siedział Włoch i inny, bliżej niezidentyfikowany koleś. Coś tam mówili po angielsku, więc wspólnymi siłami udało nam się ustalić, że zgodnie ze wskazówką chłopaka, u którego nocowałam, wysadzą mnie „pod Migros” w centrum miasta. DSC_3310MIGROS w owej miejscowości są dwa, o czym mój host przypomniał sobie w czasie jazdy wysyłając mi sms, że chodzi o Migros przy autostradzie. Kiedy podniosłam głowę znad telefonu okazało się, że właśnie ten właściwy Migros mijamy. Mój krzyk „stop!” i pokazywanie, że to jednak tutaj poskutkowały i w ostatniej chwili, na wariackich papierach, udało mi się dojechać tam gdzie tego potrzebowałam :).DSC_3314Po kilku minutach chłopak, u którego nocowałam odebrał mnie swoim zdezelowanym samochodem. A o tym co u niego zobaczyłam i jadłam już za kilka dni ;).

Teraz cieszcie oczy pięknym szlakiem Lavaux.

DSC_3325

DSC_3322

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

w

Connecting to %s