No. 48 – Locarno

DSC_3365Taki widok z okna przywitał mnie kiedy obudziłam się rano u mojego hosta Francuza, który był podróżnikiem i zarabiał na winoroślach na kolejne podróże (ostatnio na facebook’u wkleił kilka zdjęć z US, więc zarobił jak widać godnie). Przyjechał po mnie dzień wcześniej zdezelowanym samochodem i zawiózł mnie do swojego tymczasowego, także zdezelowanego, mieszkania. Pokazał mi mnóstwo zdjęć i opowiedział mnóstwo historii ze swoich podróży – był przy tym bardzo zabawny. Typ hipisa.

Wcześnie rano wybiegł do pracy, zostawiając mi puste mieszkanie (!). Zjadłam mnóstwo przepysznych przetworów zrobionych przez mojego gospodarza, a potem z duszą na ramieniu (coby mnie nikt nie zobaczył) chowałam klucz we wcześniej umówionej skrytce.

Czekała mnie długa, kręta i ciekawa droga. Mały spolier:DSC_3390

Z miejscowości gdzie spałam musiałam wrócić na autostradę, a stamtąd przebijać się do granicy z Włochami, gdzie po 30 km znowu wrócić do Szwajcarii. Na mapie było to 250 km i wymagało przejechania przełęczą Simplon.

Na początek zabrała mnie Algierka, następnie szybko zgarnęła mnie Szwajcarka i zostawiła mnie za obrzeżami sporego miasta gdzie był wjazd na autostradę. Tam czekałam jak na szwajcarskie warunki dosyć długo, bo ok. 80 minut. Wcześniej zatrzymało się ok. 6 samochodów, jednak jechały w przeciwną stronę. W końcu zabrała mnie mała ciężarówka, z którą przez połowę trasy dogadywałam się łamanym francuskim i angielskim, by w końcu dowiedzieć się, że pan jest niemieckim Szwajcarem i możemy spokojnie porozumieć się w tym języku. DSC_3415

Nie jechałam z nim długo, jednak zostawił mnie w tak strategicznym miejscu, że po wysiadce pierwszy jadący kierowca się zatrzymał. Był nim kierowca ciężarówki – Włoch, który jechał na „moje” przejście graniczne. Jeszcze nie wiedziałam jakim byłam szczęściarzem, że go złapałam, dopiero później okazało się, że autostrada wkrótce się kończy, a samochodów na mojej trasie niewiele.

Droga wiodła przez przełęcz Simplon, czyli w najwyższym punkcie miała 2005 m n.p.m. Trasa niezwykle widowiskowa, więc co chwila robiłam zdjęcia zza okna. Pogoda tylko dodawała tajemniczości.

Włoch okazał się cudownym, sympatycznym człowiekiem, który mówił na tyle po niemiecku, że miło spędziliśmy wspólne 2,5 godziny jazdy. Tuż po przekroczeniu granicy poszliśmy na kawę już po włoskiej stronie, bo „tej szwajcarskiej nie da się pić”.DSC_3408

Niestety wkrótce kierowca musiał mnie zostawić, na dodatek na rozjeździe dróg krajowych. Brzmi przerażająco, ale po tych drogach w tej wąskiej części Włoch (ma ok. 30 km) nikt nie jeździ. Przeszłam za barierkę i po ok. 10 minutach marszu (w tym czasie minął mnie JEDEN samochód – przypominam, była to droga KRAJOWA!) doszłam do niewielkiego rozjazdu – obydwie drogi wyglądały na lokalne. Nie bardzo wiedziałam co dalej, w którą stronę do Locarno, dodatkowo ruch na drodze nie sprzyjał łapaniu.

Nieco zrezygnowana i w zasadzie zdecydowana, że dojdę do najbliższego miasta i stamtąd wezmę pociąg do granicy dostrzegłam niedaleko samochód na szwajcarskich rejestracjach. Tablice wskazywały, że są z kantonu, który jest dwujęzyczny – część mówi po francusku, część mniejsza po niemiecku.

Nie mając innego pomysłu stwierdziłam, że podejdę i zapytam, w którą stronę do Locarno. Zapytam i pomaszeruję dalej.DSC_3417

Zapytałam i miałam szczęście. Szwajcarzy mówili po niemiecku! Co prawda byli francuzojęzyczni, ale znali niemiecki. Odpowiedzieli „my też nie wiemy, ale jak się dowiemy to możesz się z nami zabrać”.

W ten o to sposób złapałam stopa do samego Locarno bez łapania! 🙂

To drugie niesamowite szczęście tego dnia, bo po drodze, którą jechaliśmy z powrotem do Szwajcarii nie jechał prawie nikt. Serio. Trasa, podobnie jak przełęcz Simplon, była bardzo kręta, pomiędzy górami i niezwykle wąska. Już nie tak widowiskowa, ponadto wkrótce zaczęło padać i wszystko zaszło mgłą.DSC_3449

Po wjechaniu do Locarno pierwszą rzeczą, którą zrobiłam było kontemplacja jeziora i zjedzenie jabłka. Z zimnych Alp przeniosłam się w ciepły (jak się okazało tylko chwilowy 😦) klimat włoskiego jeziora (większość Lago Maggiore leży we Włoszech).

Od razu po zabudowie można było zauważyć włoskie korzenie miasta. Wystarczyło 250 km, by w miejsce francuskich budynków wskoczyły włoskie kamienice. A przecież to wciąż ten sam kraj, na dodatek z silnym poczuciem jedności! Fascynująca ta Szwajcaria…DSC_3467

DSC_3493

Po nacieszeniu oka ładnym widokiem spokojnej wody poszłam eksplorować włoskie zakamarki. Wielu Szwajcarów na pytanie co warto zobaczyć w Szwajcarii, mówiło mi, że Locarno.

Cóż… Podobnie jak Lucerna, Locarno także nie ukradło mojego serca. Jest… zbyt włoskie! Drażnią mnie wąskie i pstrokate uliczki (jasny różowy, brzoskwiniowy, beżowy, brązowy). Lubię klimaty miast rzymskich, ale te typowo włoskie wzbudzają we mnie agresję i chęć opuszczenia miasta.

DSC_3507

DSC_3532

DSC_3502

DSC_3523

Po ok. godzinie szlajania się po mieście zaczęły zbierać się ogromne chmury. Ogromna ulewa zbiegła się z ostatnim punktem mojego błyskawicznego zwiedzania miasta – wyjściu na pobliskie wzgórze, na którym jest klasztor, i z którego rozpościera się przepiękny widok na całe miasto, jezioro i otaczające je góry.

W kilka minut zniknęło całe niebo, a moja droga na szczyt wyglądała mniej więcej tak:

DSC_3666

DSC_3592

DSC_3612

A z góry widziałam tyle:

DSC_3608

Czyli prawie nic. Miałam smutek w sercu, ale podobno nie można mieć wszystkiego…

DSC_3593

Pokręciłam się jeszcze chwilkę w deszczu po mieście i poszłam na przystanek autobusowy, żeby dojechać do mojego kolejnego hosta w mieście obok. Pierwotnie miałam zamiar stopować, ale było mi nieco zimno, wciąż padało, i generalnie nastroju na łapanie nie było.DSC_3555

Tuż obok przystanku autobusowego był postój taksówek, gdzie na samym przodzie stała budka telefoniczna, gdzie klienci dzwonią, a pierwszy kierowca w kolejce podchodzi i odbiera.

DSC_3684

Po 20 minutach czekania wsiadłam do autobusu i ruszyłam w stronę ostatniego szwajcarskiego miasta!

Jeszcze szybki rzut na kilka zdjęć:DSC_3538

W Locarno jest mnóstwo wąskich uliczek, które dodatkowo idą w górę. Większość z nich jest dostępna dla samochodów, dlatego kiedy owy cię mija nierzadko musiałam się z moim plecakiem niemal przykleić do ściany. Na powyższym zdjęciu jedna z szerszych ulic.

DSC_3565

Tajemnicze dziedzińce kamienic …

I na koniec aleja sław i szczęśliwa daria:DSC_3480

DSC_3477

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

w

Connecting to %s