No. 52 – Moszna2

Nie wiem co kierowało mną dzieląc wyprawę do Mosznej na dwa posty. Ale stało się.

Niniejszym część druga (pod spodem, jak się domyślacie, część pierwsza).

Po dotarciu pod zamek i podglądaniu ukradkiem młodych czarodziejów, poszliśmy na małe zwiedzanie fasady pałacu oraz okalającego go parku. Pod zamkiem czekała nas dłuuuuga i męcząca sesja selfie z wykorzystaniem mojej funkcji „cheeeeeseee!”.

Oto efekt, jedyny nadający się do pokazania publice:20150706_172924Serio, inne były jeszcze gorsze.

Btw. tutaj tego nie widzicie, ale na innych zdjęciach widać jak wielki postęp w swojej długości zrobiły moje włosy :). Niech rosną ku chwale fryzur z lat 40.! (pierwsze próby zostaną opublikowane jak się przekopię przez posty z całych wakacji, czyli obstawiam styczeń/luty, w tym tempie..)

Btw2. na nosie mam też moje zastępcze okulary…

Pod zamkiem mnóstwo miłości w postaci panny młodej i młodego pana.

20150706_174212

My natomiast jako, że nie należeliśmy do tej kategorii, szybko skierowaliśmy swoje kroki do parku, który wyglądał mniej więcej tak:20150706_180127_Burst01Czyli było dużo zieleni. Potem zjedliśmy bułki z kabanosem na łące przed tym bajkowym zamkiem i poszliśmy do mini zoo zorganizowanego przy Stajni (Koni Olimpijskich) w Mosznej, która jest naprzeciwko zamku.

I tak oto, obok kur jedwabistych, uroczych żyjątek jedzących z ręki, kotków, króliczków i innych takich, można było zobaczyć taki okaz:20150706_192420Zawsze myślałam, że to zwierzę z jeleniowatych, ale trzeba mi było przyjechać na opolską wieś, by wyjść z tego błędu 😉

Koni niestety nie widzieliśmy, ponieważ już kładły się do snu. Z braku lepszego zajęcia, sami poszliśmy poszukać miejsca na rozbicie namiotu. Szybko znaleźliśmy fajną miejscówkę niedaleko lasu.

Nad ranem prezentowało się to mniej więcej tak:20150707_080155_Burst01Uwaga, teraz będzie BAAAARDZO długi fragment bez zdjęć, bo mi brakło! Ale naprawdę warto, bo są dwie ciekawostki.

O 8:00 wyruszyliśmy w drogę powrotną, ale dopiero o 9:00 zatrzymał się samochód.

Mała dygresja: mieliśmy cały dzień na pokonanie bodajże 180 km, autostradą prawdopodobnie szybko byśmy to śmignęli, ale ponieważ żadne z nas autostradą ochoty jechać nie miało, to zdecydowaliśmy, że pojedziemy drogami lokalnymi.

Ja, bo pooglądam więcej typowych polskich krajobrazów, którymi zachwycałam się jak dziecko, a Fafel, bo „będzie więcej kierowców”. W drodze powrotnej chcieliśmy także zahaczyć o Wadowice i tam przy kremówce świętować faflowe urodziny.

Mężczyzna jechał do pracy i opowiadał fantastyczne historie o terenach, na których się urodził. O ŻYWYCH KRESACH i scysjach z Niemcami.

Bo kolejna niezwykle ciekawa dygresja, która sprawiła, że nasza wycieczka miała duży walor edukacyjny:

tereny opolskie przed drugą wojną światową były częścią Niemiec, a Polaków prawie tutaj nie było. Po wojnie Niemców wypędzono, a tereny zasiedlono Kresowiakami z okolic Lwowa. 

Do dzisiaj wielu żyjących na owych terenach ma paszporty niemieckie, a jeszcze więcej – kresowe korzenie. KAŻDA miejscowość ma podwójną nazwę: na górze nazwa po polsku, na dole – po niemiecku. Co -NASTY samochód jeździ na niemieckich blachach, a część kresowa kultywuje tradycje dziadków i rodziców.

Człowiek uraczył nas kilkoma ciekawymi opowieściami, których szczegóły już mi umknęły przez co moje serce płacze :(. Często takie rzeczy notuję w notatkach na telefonie, niestety nie tym razem.

Z Krapkowic, gdzie nas wysadzono, podjechaliśmy z dziewczyną niedaleko Kędzierzyna Koźle i tam utknęliśmy na ok. 2 godziny w bardzo mało ciekawym miejscu, gdzie jechało multum samochodów, ale z nikim chętnym do zabrania dwóch uroczych osób. W końcu zatrzymał się Ślązak, ale inny Ślązak niż ci z Katowic. Opowiadał niezwykłe historie o tożsamości śląskiej, o tym, że tutaj nie ma znaczenia czy masz paszport polski czy niemiecki, boś „ślunzok”. Naprawdę – przez tę wycieczkę odkryłam nową twarz Polski.

Potem pojechaliśmy do Raciborza, stamtąd z „dziewczyną-krejzolką” (nie ma lepszego określenia na tę dziewczynę – myślisz „dziewczyna-krejzolka” i widzisz naszego kierowcę) do bodajże Wodzisławia Śląskiego. Tam bez łapania (szliśmy na przystanek, by łapać, ale gościu zauważył karton i nas zgarnął) zabrał nas inny autostopowicz, który tym razem był kierowcą.

Mniej więcej w tym momencie zaczęliśmy rozumieć, że plan osiągnięcia Wadowic może się nie udać, ponieważ drobimy po 30 km czekając zawsze ok. 30 minut. W każdym razie, potem jechaliśmy z kobietą, która zabrała nas kilka kilometrów i wysadziła na ŁO MATKO, JAKIM WIELKIM RONDZIE GDZIE NAOKOŁO BYŁY TYLKO HAŁDY, i miejsce, z którego tam łapaliśmy wyglądało tak:20150707_144021_Burst01Mnie się to miejsce bardzo podobało, dlatego ze smutkiem po 3 minutach zauważyłam, że zatrzymała się nowa wypasiona fura ze starszym małżeństwem. Wzięli nas, bo ich syn też autostopował. Podwieźli nas do Pszczyny (??!?!?!?! chyba tam), która była kluczowa dla całej dalszej wyprawy. Było już naprawdę całkiem późno, więc jedynie złoty traf mógł nas teraz doprowadzić prosto na kremówki, żebyśmy zdążyli jeszcze wrócić do Krakowa przed zmrokiem.

Staliśmy w bardzo słabym miejscu, w końcu jakiś facet się zatrzymał, podwiózł 10 km. Ciągle tłukliśmy się jakąś powiatowo-wojewódzką drogą, gdzie jeździły samochody raczej lokalne. W tym momencie podjęliśmy decyzję, że rezygnujemy z kremówek i przebijamy się do Krakowa. Nadal ta sama trasa, tylko bez przystanku na ojczyznę JPII.

Stoimy i po 2 minutach jeden z samochodów pokazuje stanowczo, że… to jednak nie ta sama trasa i Kraków jest w drugą stronę. Trochę bez przekonania, bo moja prymitywna mapa mówiła inaczej, zmieniliśmy kierunek łapania. (naprawdę, skracam jak mogę, ale bardziej już nie chcę!). Ku mojej wielkiej radości, bo już miałam tego łapania trochę po dziurki w nosie, w ciągu kilku minut zatrzymała się kolejna wypasiona maszyna. Jednak staliśmy wtedy po złej stronie, a gościu, który teraz się zatrzymał wziął nas do Sosnowca i wysadził na krajowej do Krakowa.

On z kolei opowiadał ciekawe historie o tym, że Sosnowiec to Polska, a Katowice do Śląsk, lubił swoje miasto, i nie miał żadnych kompleksów. Natomiast młody chłopak, który zabrał nas z Sosnowca do Olkusza, już swojego rodzinnego miasta się wstydził i niechętnie się przyznawał skąd jest. Szczególnie, że pracował jako przedstawiciel handlowy na woj. śląskie i ślązacy niechętnie współpracowali z ludźmi z Zagłębia. Musiał się nauczyć nieco śląskiej gwary i akcentu, coby ich oszukać ;).

Nadłożył dla nas kilkanaście kilometrów. Koło Olkusza w 20 minut złapaliśmy baaardzo bogatego informatyka, który zawiózł nas prosto do Krakowa. W centrum byliśmy ok. 19:00, czyli przejechanie 180 km zajęło nam… 11 godzin.

20150707_202612

Na przystanku znalazłam opuszczoną różę.

Widać czyjaś miłość dobiegła końca…

Tymczasem moja i faflowa wycieczka także. Osiągnęliśmy Kraków, jechaliśmy z tuzinem kierowców, podziwialiśmy polskie krajobrazy i dobrze się wspólnie bawiliśmy (a przynajmniej ja!).

Co prawda powrót był bardzo męczący, ale widocznie taki musiał być, żebym mogła odkryć nieznaną twarz Polaków :). Tak sobie myślę, że muszę więcej jeździć stopem po Polsce, bo bardzo otwiera oczy na Polski innych Polaków – bo niekoniecznie są takie jak moje!

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s